Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl
niedziela, 23 października 2011

    Nie ma co się rozczulać nad przemijającym czasem. Dziesięć lat minęło nawet nie wiedzieć kiedy. To kluczowe stwierdzenie, bo nazbyt mało pamiętamy z początków powstawania Nocy Śledziożerców. Na nic wypytywanie, na nic seanse hipnotyczne, pobudzanie pamięci zbiorowej, grzebanie w archiwach. Wiemy tyle ile zjemy. A że jemy coraz lepiej, to i liczy się ta ostatnia Noc i następna, bo znowu trzeba wymyślić coś zaskakującego. Wspominałem, że jak zwykle blady strach pada na śledziożerców, kiedy sobie uświadomią że Noc tuż, tuż. Moja inspiracja spłynęła na mnie zaledwie kilka dni przed naznaczonym dniem. Toteż swoje danie wykonałem z biegu i bez prób. Efektu byłem pewien, gorzej było ze składnikami, bo nieodzownym elementem były świeże borowiki. A tu nagle borowików brak. Tego dnia rozpaczliwie poszukując na wszystkich targowiskach Szczecina, nawet pośród kwiaciarek na Bramie Portowej, z ledwością udało mi się zdobyć dwa (cyfrowo 2), prawdziwki. Wobec tego udałem się na trasę międzymiastowej „trójki” by nagabywać przydrożnych grzybiarzy o drogocenny grzyb. Efekt – kolejne cztery. W akcie ratowania godności zakupiłem kilka podgrzybków, doszczętnie przekopując do dna cztery czy pięć wiader.

    Słoś, zabiegany meldował telefonicznie jak to coraz bardziej jest czasowo zakopany, i że nie tylko nie ma składników ale i pomysłu. Zbyszek dzwonił że potrzebuje rybich głów, ewentualnie kilka płoci. Bagatela. Marek od tygodni kisił. Co kisił, to dopiero miało się okazać. Adam smażył powidła, Jędruś napychał jelita. Bolek był tajemniczy.

   Nastał wieczór, czyli Noc. Wybici z rytualnego rytmu przez Basię Grochowską, która podobno była na pierwszej Nocy, a teraz nagrywała z nami reportaż, łaziliśmy bez celu jak bezdomne dzieci. Ale pierwsze śledziowe dania przywróciły nam porządek i wiarę w sens świata.


Storradello Słosia.

    Zaczął Słoś. Storradello czyli rafaello z solonego śledzika mielonego z rodzynkami otaczanego w prażonej cebulce. Na dwa kęsy, bo mieliśmy po dwie kulki. Zaraz potem risotto śledziowe Kudłatego na suszonych grzybach. Z powodu niemania głów rybich tudzież płoci, pomysł poszedł w kierunku grzybów, a że siedzieliśmy sobie u Adama wspominając i pijąc, to wywar grzybowy gotowaliśmy trzy razy, bo jakoś się wygotowywał pochopnie do cna. 


Risotto Zbyszka Kmiecia.

    Ziemianin uczynił nadziewane śledzie pieczone w solnej skorupie a podane ze strudlem z śledziową ikrą. Bardzo aromatyczne dziełko. Potem była pieczona biała kiełbasa Jędrusia, a oba ciepłe dania przedzielała sałatka gruszkowa Darka Startka.

 

Zapiekany w soli Marka Ziemianina Grądzkiego.


Gruszkowy śledź Darka Startka.

Kiełbaska Jędrka Szylara.

    Barokowego śledzia zasunął nam Przemek Żychowski. Mój śledziowy Boże, czego tam nie było, kiwi, awokado, cebula, papryka ..ale pamiętam tylko paprykę ostrą jak nagła cholera. Do krainy łagodności wróciły nas dania Adama i Adama. Faleński wysmażył śledziowo-śliwkowe konfitury, a Zadworny przygotował ziołowego z śmietaną i fetą.


Barokowy Życha. Najostrzejsze było to quacamole na dole.

    Paweł Kmieciak nie po raz pierwswzy ani ostatni tego wieczoru podał propozycję zawierającą śliwki. Tym razem pod postacią chutneya do śledzi.

    Sztark odkrył w sobie pasję kiszenia i do śledzi macerowanych w miodzie z czosnkiem i octem ryżowym, podał całą paterę kiszonek swojej roboty. Ogórki, pomidory, gruszki, śliwki, truskawki, pasternak, kapustę, paprykę.


Jesienne skisłyje aromaty.

    Nadszedł czas na moją carpaccio-sałatkę. Otóż świeże prawdziwki i blanszowanego kalafiora pokroiłem na mandolinie w cienkie plastry. Z rukoli, pestek dyni i oliwy, zrobiłem pesto. Grzyby i kalafiory ułożyłem na talerzach, dodałem listki roszponki i płatki holenderskiego matiasa, skropiłem pesto, oprószyłem z młynka pieprzem. I to wszystko.


Borowiki i matiasy. Moje.

    Wydawało się nam, że każdy stworzył niepowtarzalne dzieło, że już jest na pudle, że będzie chodził w glorii. Ale niestety, dobił nas Bolek. Zrobił tort bezowo-śledziowo-czekoladowy, gdzie biszkopt nasączony został absyntem, a za rodzynki uchodziły kawałki naturalnego matiasa. Absolutna rewelacja. Król dziesięciolecia. 



Bolek królem.

    W lutym zaczyna się kolejna dziesięciolatka. Życzcie nam zdrowej wątroby i wielu pomysłów.

niedziela, 09 października 2011

    Kiedyś obiecałem wam opisać gości jacy mieli okazję (a może przyjemność) zasiadać z nami do śledziowego stołu.
    Jest teraz dobra okazja, bo na X lecie Nocy Śledziożerców wydaliśmy niewielką publikację, a jeden z rodziałów traktuje właśnie o naszych gościach. Poczytajcie.

Śledziożercy - goście.
    Goście jacy się przewinęli przez te dziesięć lat to osobna wielka historia. Jedni pojawiali się kilkukrotnie, inni tylko raz, a są i tacy, którzy już nawet zaproszeni nie dotarli i nie mają szans na powtórne zaproszenie. Są tacy, których żona nie puściła kiedy się dowiedziała, że ona nie za bardzo ma wstęp (pozdrawiam tu Leszka Cz.). Na tym tle wyróżnia się Darek Startek, który pojawił się z własną sałatką w dniu imienin swojej małżonki Anny, posiedział z nami nie mocząc ust, i udał się na jej przyjęcie, z najszczerszymi i gorącymi pozdrowieniami od naszego grona. 
    Kolejne rozróżnienie to czy gość nas zaszczycał, czy może nasze grono jego zaszczycało. Nie będę tu podawał tych drugich przykładów, ale warto odnotować obecność Maćka Kuronia i Marka Gąsiorowskiego. Uczestnictwo obu panów miała znamiona wizyty dyplomatycznej. Maciek Kuroń, z którym miałem zaszczyt się przyjaźnić skwapliwie skorzystał z zaproszenia, kiedy przebywał w Szczecinie. Dużo słyszał wcześniej o Nocach. Marek Gąsiorowski był u nas przy okazji inauguracji Szczecińskiego Convivium Slow Foodu. To prawdziwy mąż stanu od jedzenia tradycyjnego i regionalnego. Oczywiście skorzystał z okazji i pokazał w swojej śledziowej kreacji słynne wielkopolskie oleje. Wraz z nim pojawił się tej Nocy Andrzej Buławski, nasz szef naszego convivum. Sami widzicie, spotkanie na szczycie.
   
Dwóch profesjonalnych kucharzy wspominam najbardziej, Adama Chrząstowskiego i Andrzeja Boronia. Adam profilował jedną ze szczecińskich restauracji i tak ułożył plan swoich wizyt aby być któregoś razu z nami. Momentalnie zaprzyjaźnił się z całą ekipą i może tylko dlatego nie dołączyłem go do Maćka i Marka. Adam to kucharz nad kucharzami, osoba publiczna, telewizyjna, wpływająca bardzo na kształt polskiej kuchni. Pod koniec naszej publikacji przytaczam jego blogowy wpis jaki zamieścił po Nocy Śledziożerców. Natomiast Andrzej Boroń i prowadzona przez niego restauracja Chief przez lata była mekką smakoszy. Mało kto się zna tak na rybach jak on, ale tego wieczoru kiedy z nami był, dał wysoce profesjonalny wykład (najbliżej siedzącym) o istocie podagry. I nie pytajcie mnie od czego wyszliśmy. Taka jest uroda naszych spotkań, nie tylko śledź i wódeczka. Bardzo często pojawiają się tematy kulturalne, socjologiczne, życiowe, historyczne. Najmniej chyba jest polityki, choć trudno w to uwierzyć. Z Chiefa pochodziły śledzie nie tylko te przyniesione przez Andrzeja, bo Chief był ratunkiem dla mniej wprawnych (tu pozdrawiam Zbyszka S.). W gronie gości jest jeszcze jeden zawodowy kucharz, i w żadnym wypadku nie chciałbym go pominąć. To Darek Majewski, szef kuchni Na Kuncu. Zazwyczaj jest w pracy kiedy my biesiadujemy, ale zawsze ma przygotowanego coś zaskakującego, i choć na chwilę się do nas przysiada. Pralinki z wiśniowym śledziem, śledź z toffi i pieprzem …sama odwaga.
   
W gronie Śledziożerców kryje się jeszcze jedno małe grono – Nieustraszonych Smakoszy (Sobolewski, Sztark, Słoś) z którymi przez dwa lata miałem zaszczyt i przyjemność prowadzić audycję w Szczecin Radiu. Otóż z tego radia zaprosiliśmy trzech panów, Zbyszka Plesnera, Wojtka Bacę Hawryszuka i Zdzisława Tararako. Każdy z nich zasłynął czym innym podczas Nocy. Zbyszek wpadł na genialny pomysł formalizacji i składek. Widać w tym myśleniu niemiecki porządek, bo Zbyszkowa praca w dużej mierze jest transgraniczna, pewnie dlatego, Noce Śledziożerców gościły też na antenie RTL. Baca z wielką radością przyjął nasze zaproszenie, zapowiadając, że przyniesie „normalnego śledzia”, bo pewnie dawno takiego nie jedliśmy. Jeśli na pumperniklu z kolendrą, albo z białym twarogiem oznacza normalny, to proszę bardzo. Dzidek zasłynął tym, że w ogóle nie przyniósł śledzia, ale zrobił z nami wywiad.
   
Odwiedził nas jeszcze inny dziennikarz, znany kurierowy birbant, Darek Staniewski, o którym jest urocza balladka na dalszych kartach owej publikacji.
   
A teraz dwóch ludzi teatru. Obaj wesolutcy jak szczygiełki. Dyrektor Polskiego, Adam Opatowicz wszedł jakby sobie napisał scenariusz, zrobił próbę i brawurowo zagrał nam przedstawienie p.t. „kto na pudle”, czyli czy jego śledziowa kminkowa sałatka, jest jeszcze pośród tych najlepszych. Trzeba przyznać, że sałatka miała urok. Co jakiś czas pojawia się, bardzo nieregularnie Przemek Żychowski, aktor lalkarz Pleciugi. Choć ja go najbardziej cenię w rolach kabaretowych, do których ma dar wrodzony. Swego czasu urządzaliśmy w wynajmowanych mieszkaniu istne festiwale jedzenia. A polegało to na tym, że gotowaliśmy za dużo i wzywaliśmy znajomych na pomoc w jedzeniu.
   
Zanim zamknę tę listę nie do zamknięcia, muszę wspomnieć Ziemianina, czyli Marka Grądzkiego. Twórcę doskonałych serów, smakosza, nalewkarza, który z coraz większą regularnością dojeżdża na kolejne Noce. Gotuje z rozmachem, wielosmakowo, odważnie.
   
Gości było znacznie więcej, lecz już nie pamiętam ich dań, więc wstyd mi teraz przywoływać same tylko nazwiska. Niemniej, pozostają w naszej zbiorowej pamięci. I co najważniejsze stanowią jeden z nieobliczalnych elementów całej tej układanki, a to bardzo lubimy, gdy przyszłość nie da się przewidzieć.

A na dokładkę dam jedną z anegdot z tej samej książeczki.

Telewizja nas kręci.

Był lipiec, czyli miesiąc jak najbardziej śledziowy. Otóż zdarzyło się, że na Noc Śledziożerców zawitała telewizja, w osobie Jacka Szklarka i jego slowfoodowego programu „Polska Dobrze Smakuje”. Dzień czy dwa przygotowań i oczywiście wieczór, kiedy nic nie działo się tak jak zazwyczaj. Po pierwsze ze stołu zniknęły flaszki, bo wiadomo – wychowanie w trzeźwości (plus straszliwy lęk telewizji przed niezapłaconą kryptoreklamą), po drugie nasze rozmowy były przerywane, gdyż dźwiękowiec musiał się przemieścić z włochatym mikrofonem tak by nie wchodzić w kadr kamerzyście. I po trzecie obowiązywała nas werbalna cenzura moralna, a chodziło o to, by nie używać słów.

Toteż kiedy po kilkudziesięciu minutach zarządzono przerwę techniczną, a my mieliśmy chwilę aby wychylić kilka kieliszków i nieco się rozluźnić, Zbyszek spytał niewinnie – to można teraz powiedzieć dupa, dupa, dupa!?