Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl
czwartek, 10 maja 2007

    Nick 'brzuchomoowca' zobowiązuje, więc wypadałoby na smaczniejszą nutę.

    Jadę dziś do miejscowści Rozogi (za Szczytnem), gdzie umówiłem się z Maćkiem Kuroniem. Mamy podagać o planowanej współpracy, a w sobotę jedziemy do Szczecina, niegdyś mojego miasta. Mamy tam wziąć udział w Pikniku nad Odrą, w jury oceniającym regionalne specjały. Ale najbardziej mnie cieszy, że udało mi się zwołać również na sobotę, którąś tam z kolei Noc Śledziożerców.

Śledziożercy.

    Noc Śledziożerców wymyśliłem specjalnie dla mojego kulinarnego przyjaciela Bolka Sobolewskiego, prowadzącego renomowaną restaurację o najdłuższej znanej mi nazwie - Restauracja na Kuncu Korytarza z Markowym Wyszynkiem. Bolek jest niezwykłym admiratorem dań ze śledzi i każdą wolną chwilę poświęca na poszukiwaniach nowych przepisów i doskonałego surowca. Jako jedyny w Szczecinie ma w swoim menu osobne strony poświęcone 'szczecińskim przysmakom', czyli śledziom. Stąd pomysł, aby u niego odbywała się impreza, której pokłosiem jest szereg nowych przepisów. Zasada jest prosta, schodzą się 'znajomi króliczka', czyli moi i poprzednich uczestników, a każdy zobowiązany jest pojawić się ze swoim daniem. Jak podkreślam, wstyd jest przynosić jedno danie. Bolek schładza wódeczkę i piecze ziemniaki, bo to doskonały akompaniament dla śledzi. Każde danie ma swoje wejście, każde jest zapowiedziane przez twórcę. Po kilku takich entre, i rzecz jasna kilku kieliszkach, atmosfera jest bajecznie przyjacielska. Potem wam opowiem, co i jak było.

Kompleksy.

    Swoją drogą, ciągle mi wstyd, że śledź, w mieście bądź co bądź portowym, jest na marginesie, jakby przynosił wstyd. Zawsze podkreślam, że gdyby tylko śledzia było mało na tym świecie (jak dla przykładu kawioru) byłby zupełnie inaczej oceniany. Ma tyle odmiennych walorów smakowych, a jest przy tym bardzo przyjazny obróbce na wszelkie sposoby.

    Ale myślę, że to tylko część problemu, z jakim ma do czynienia Szczecin. Dla całego kraju to miasto portowe, a bez mała morskie. Tak się wydaje wszystkim prócz mieszkańców, a w szczególności włodarzom. Nie ma jachtowej mariny, bo ta która jest to kpina, nawet nie namiastka. Wygląda jak coś zastępczego. Nie ma staków wycieczkowych po porcie, nie ma już nawet wodolotów wożących turystów do Świnoujścia. Nie ma bulwaru nad Odrą, bo nie tworzą go przecież dwa lokale i kilka budek oddzielonych drogową trasą od reszty miasta. Nie ma targu rybnego. Brak tradycji szantowych. Nieliczne są restauracje podające ryby. Jeden Chief  to za mało, tym bardziej, że i ten jest zagrożony wysokimi czynszami. Reszta działań to marketingowe usprawiedliwnienia, że niby coś się robi. Pożal się Boże Dni Morza? Piwo Bosman? ..czyżby już koniec listy?

Marina w Szczecinie

Cała prawda o Marinie

...żeby nie było niczego

wtorek, 08 maja 2007

    To było w ostatni weekend. Program na żywo, z Rynku ..a w tle wciąż zmienijąca się grupka twarzy (bo tyle wystawało sponad kanapy na której zasiadały Mołek i Pieńkowska. Co twarze robiły? Dzwoniły do domu i znajomych - patrzcie, jestem w telewizji! - prawie można było odczytać z ruchu warg. Słup, który też był w polu widzenia nie dzwonił, zachowywał stoicki spokój. No ale słup, to słup ..kultura osobista, obycie, te rzeczy.

    Mieszkałem w Krakowie kilka lat, więc wcale mnie nie dziwi, że i tam nie brakuje umysłowych pustostanów. Najfajniej wyglądało, gdy osoba dzwoniąca machała ręką do kogoś po drugiej stronie kamery. To jest dopiero bezpośredni przekaz! One2one. Pewna blondynka była bardzo wytrwała, obdzwoniła chyba całą listę kontaktową w swojej komórce. Gdy do kamery pomachała zakonnica, zaczęło robić się ciekawie. Niestety, kamerzysta obniżył statyw i było widać już tylko co najwyżej czupryny co wyższych amatorów występowania w TV.