Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl

Gruczno Festiwal Smaku

czwartek, 26 sierpnia 2010

    Do zobaczenia za rok ..niestety. I znowu trzeba będzie czekać do kolejnego sierpnia, do kolejnego Festiwalu. A póki co, ratujmy się czym się da, jedzmy, pijmy śpiewajmy. Tylko bez przesady.

 

    Ja jestem w zdecydowanie lepszej sytuacji, bo w Grucznie bywam średnio raz na miesiąc. A to sprawy organizacyjne (w Komitecie Sterującym), a to warsztaty smaku, a to Gruczeńskie Convivum Slow Foodu, bo ponad wszystko cenię sobie towarzystwo tamtejszych wariatów. Bareya opisał co było podczas Festiwalu, pewnie za moment ukażą się na różnych stronach relacje i podsumowania, bo znowu było coś ciekawego. A mi wpadła myśl do głowy, żeby opisać Gruczno poprzez różne grupy jakie tam istnieją, czy się jednorazowo zawiązują.

Jury

    W poniedziałek poprzedzający Festiwal, zjechaliśmy się do Gruczna, aby jurorować Smak Roku i Miód Roku. Trzy gremia, osobne dla miodów i dwa do smaków – profesjonalne i artystów z dziennikarzami, w którym ja zasiadałem, choć o siedzeniu mowy nie było. Nawiasem mówiąc były jeszcze dwa podobne składy podczas Turnieju Nalewek w sobotę Festiwalu.

Bardzo mnie ucieszyło, że w końcu udało nam się ściągnąć Marka Sztarka, zasiadł w miodach. Swego czasu powołał do życia markę Miodów Drahimskich, bodaj najlepiej rozpoznawalną po paprykarzu markę w zachodniopomorskim.

Oceniać miody to bardzo trudna sprawa, mnie osobiście przeraża taka kumulacja słodkości.



    Jean Bos przewodniczył jury profesjonalnemu, o składzie jakie inne festiwale mogą tylko pomarzyć. Artur Moroz, wyjątkowy bezkompromisowy restaurator, Piotr Przybyło niebywały znawca piw, Marek Gąsiorowski znawca chyba wszystkiego co polska kraina daje na stół, Hirek Błażejak, posiadający smak absolutny (coś jak słuch), oraz Marek Szczygielski w nowej roli arbitra powiedzmy technicznego, bo tyle ile on wie o tym jak się co robi, to chyba wie mało kto na świecie.




    Jury dziennikarskie oceniało sercem, toteż kobiety achami zyskiwały największe poparcie dla tego czy innego produktu. A tych kilku facetów, choć słusznej postury poddawało się (choć nie bez oporów) ich werdyktom.

Jak w rozmowie wspominała pani Bożena Sokołowska (ser łomnicki, nasze I miejsce), ocenę artystów, zbliżoną do oceny szerokiej publiki ceni sobie najwyżej.

Franek Daron (przedstawiciel organizatora i zarazem sekretarz), ja, czyli sędzia niezależny (sic!), Artur Michna (podobno nie z Gościa Niedzielnego, lecz z portalu poszukiwaczesmaku.pl), poddawali się dyktatowi pań; Monice Kuci (Rzeczpospolita), naszej przewodniczącej, Agnieszce Romanowicz (Gazeta Pomorska), Marii Sikorskiej (TVP), Hannie Walenczykowskiej (Express Bydgoski). Jak widać dość różnorakie towarzystwo.



    Co i czym zastało nagrodzone pewnie przeczytacie wkrótce na stronach Festiwalu, ale już prześledzicie na „poszukiwaczach”.

Owce

    Cybernetyka bada łączność i sterowanie – komunikowanie się człowieka z człowiekiem – cześć! komunikowanie się człowieka ze zwierzęciem – baranie stój! komunikowanie się barana z człowiekiem - beeee

 

    Na zdjęciu nasze (festiwalowe, gruczeńskie) owcze stado, jego pasterz Mirosław Nowakowski i pies jego Endi. Całe towarzystwo w randze profesorów.

Grochówka

    Gdyby w Grucznie nie było strażaków, to należałoby ich niezwłocznie wymyślić. Choć w konkursie na Smak Roku ze swoją grochówką polegli, to jednak ta grochówka dostarczyła nam niejednokrotnie miłych wrażeń i wspomnień. Bez niej nie odbędzie się żadne lokalne święto ni zabawa wiejska. Jak widzicie na zdjęciu, różne są strażackie wozy bojowe i bojowo nastawione towarzystwo.

Magazyn

    Nie wiem jakim cudem czy zrządzeniem losu, weszliśmy (my Festiwal) w posiadanie magazynu z roku 1909. Mieści się po przeciwnej stronie ulicy co kościół. Gdy poszliśmy tam na pierwsze oględziny, Włóczęga znalazł arkusz A-0 dokładnie wyklejony etykietami win prostych. Teraz arkusz ten jest w digitalizacji, ale w swoim czasie go pokażę.

    Magazyn został uporządkowany i pomalowany, a w piątek przed Festiwalem zrobiliśmy chrzciny i parapetówkę. Zaproszenia zostały rozdysponowane za pomocą machnięcia ręki i ciągnięcia za rękaw. Szła śliwowica, cydr, oscypki od Komperdy i moje sery. Byli goście zagraniczni (baskijski profesor od cydru) i semizagraniczni (Jean Bos), kwiat dziennikarstwa, publicyści, pisarze, prawnicy i zwyczajni porządni ludzie. Mimo wszystko nieprzypadkowe towarzystwo.


Kawosze

    Do Gruczna, na osobiste zaproszenie Włóczęgi, przyjechał arcymistrz-barista, Marek Czepiec, być może profesor albo papież, gdyż sam słyszałem jak włada pięcioma językami. Marek skupiał wokół siebie wyznawców kawy, bo inaczej tego nazwać nie można. Kiedy w domku na skraju wsi, w kuchni, wzniósł opakowanie kawy, wypowiadając słowa – ta kawa była palona 36 godzin temu w Paryżu, w palarni Soluna, pochodzi z Jemenu – wiedziałem, że mój ateizm legł w gruzach. Mogę sobie od czasu do czasu mówić, że nie lubię latte (mleko jest rakotwórcze, wciskam każdemu, który się pyta dlaczego), ale teraz będę musiał dodawać – że owszem nie lubię, z wyjątkiem latte Marka Czepca (tak, tak, to ten sam co w „Weselu” Wyspiańskiego). To nie towarzystwo, to sekta.


 

Kucharze

    Konkurs kulinarny ściągnął głodnych sławy kucharzy i pławiące się w onej sławie międzynarodowe jury, w większości rekrutujące się z grona Euro-Toques. Grubi i chudzi, jak chociażby Krzysztof Szulbierski (mistrz świata BBQ)i Piotr „szczypior” Szczygielski. Cała dolina utkana była białymi kitlami wszechobecnych kucharzy, których często (jakież to miłe), dostrzegałem przy różnych kramach próbujących specjałów i już marzących o ich użyciu w kuchni. A jak się na scenie dorwali mikrofonu, to myślałem, że nasza estradowa para „kawa czy herbata z piórkiem” nie zgoni ich przed północą. Biała Brać, tak nazwałem to towarzystwo.




Cafe Toga

    W zeszłym roku, na skarpie za Serową Aleją, stało Cafe Niebo. W tym roku Nieba nie było, ale tuż pod moim nosem, w tej słynnej już serowej alejce, swoje miejsce znalazła inna kawiarenka, a właściwie winiarnia. Piotr Michalski, właściciel poznańskiej Togi, przepasał opuszczony namiot czerwoną taśmą, ustawił kilka piwnych ław, i tak się rozpoczęła historia jednej z ciekawszych miejscówek podczas Festiwalu. Ktoś przyniósł kilka żałosnych plastrów wędliny, ale bazowali na serach ode mnie i Ziemianina, natomiast wina szły tylko i wyłącznie od Sokołowskiego …węgierskie. Zużyte butelki, jak trofea po polowaniu kładzione były na pobliską murawę, było ich niespełna dwadzieścia pierwszego dnia. Były też i ofiary, w ludziach i spodniach. Zamaszysty toast, nagły zwrot dyskusji, ogólna radość życia, i bywało, że gość spadał z ławy a wino pisało swoją nową historię na spodniach (na ten przykład moich). Postanowiłem podpisać na nich wszystkie utworzone plamy i sprzedać na Allegro.


Baskowie

    Pośród tego morza jedzenia i picia zaszyło się stoisko cydru, czyli po naszemu jabłecznika. Przemek Bulsiewicz wraz ze wspomnianym profesorem od cydrów (i octów, jak podpowiada mi Bareya) señorem Domingo Arina Peną, oraz z wielce pomocnym Bareyą, lali cydr, smażyli kiełbaski przyrządzając pintxo, przeklinając po baskijsku, uśmiechając się, szpanując beretami (prócz Barei). Bardzo międzynarodowe towarzystwo.


czwartek, 03 września 2009

    Cafe Niebo zrobiliśmy z Włóczęgą (powiedzmy), a powstało dla dziennikarzy i gości specjalnej troski, takich jak n.p. Piotr Bikont, szef jury Nalewki Roku. Usytuowane jak wcześniej wspominałem na końcu alejki serowej, na wzniesieniu, z pięknym widokiem na cały Festiwal. W ten sposób mogliśmy spokojnie opiewać piękno imprezy.

    Gościliśmy kilkadziesiąt osób. Pierwsze były jurnalistki związane z warszawskimi redakcjami.


 

Trzy, a nawet cztery Gracje.

    Kiedy dziewczyny do nas doszły, miały już pogląd co i jak, a u nas zyskały pogłębione informacje. Co tu będę ściemniać – o serach prawiłem. Nic dziwnego, że od tego tematu zaczynał się artykuł w Rzeczpospolitej, migawka w Teleekspressie, i relacja na Gastronautach. Zrobiły nawet elegancką sesję zdjęciową.

Słoś komentuje.

    Sławek przyjechał ze Szczecina, aby mnie wesprzeć. Energia i natchnienie go rozpierały, i za chwilę, na skrawkach przyciętego papierowego obrusu zaczął komentować Festiwal w swój niepowtarzalny rysunkowy sposób.

 

fot.M.Ptasiewicz

    Naprodukował tych rysuneczków kilkadziesiąt, aż zużył prawie całą rolkę obrusu i złamał dwa pisaki. Rysunki rozeszły się do prywatnych kolekcji, kilka zostało bezczelnie skradzionych, kilka podarowanych na pamiątkę jak n.p. dla Romana Sidorkiewicza za zwycięstwo w kategorii sery. Krauzer, który zdobył ten laur równolegle, został również uwieczniony, ale rysunek poszedł do kolekcji moich Agentów Sero Siedem – Kasi i Mirka Ptasiewiczów, dzięki czemu mogę go dziś opublikować.

Kolekcja prywatna KiM.Ptasiewicz

Agenci Sero Siedem.

    Wspominałem o moich agentach. Namówieni, przyjechali już w piątek, zajęli strategiczną kwaterę blisko Festiwalu, potem buszowali po okolicy i samym Grucznie.

fot.M.Ptasiewicz

Po powrocie w domowe pielesze nadesłali mail:

”Jeszcze raz dziękujemy za zaproszenie do Gruczna, mamy już własny pogląd i ogląd na „Festiwal Smaku” - SUPER impreza!!!! Chociaż osobiście nie ustrzegliśmy się błędów:
-          zakupy należy robić w sobotę o 1000 a nie odkładać na później, bo można obyć się smakiem bynajmniej nie festiwalowym. Tak umknęli nam Litwini i litewskie smakowite wędlinki,
-          planowaną ilość produktów pomnożyć przynajmniej przez 5 ,bo po powrocie do domu okazuje się że wszystkiego jakoś mało?????? A jak tu jeść i smakować sery w dawkach homeopatycznych?
Miło było znowu spotkać się z Tobą. Poznać Słosia wspaniale kreską komentującego zastaną sytuację. Poznać całą gromadę „bożych szaleńców” dla których tak jak dla nas dobre jedzenie jest po prostu ważne, chociaż nie stanowi esencji życia tak, jak gotowanie dla Kudłatego (Zbyszek zachowuje się tak jakby właśnie miał jeść czy gotować ostatni raz w życiu).
Wpisujemy „Festiwal Smaku” do naszego kalendarza imprez dorocznych na które nie wypada nie pojechać.”

Nic dodać nic ująć. Kudłaty to oczywiście Włóczęga.

Wieczorem…

    Późniejszą porą zjawiło się zacne towarzystwa – jedno pod egidą Piotra Bikonta, drugie pod wodzą Romka Góralskiego. Wzajemnie się mieszały, w powietrzu unosiły się twórcze prądy, latały wysublimowane teorie jedzenia, dowcip skrzył się i wpadał diamentami w nadstawione uszy.

    Poznałem osobiście innego blogera – Wojtka Lewandowskiego, który ma przyjemność organizować Poznański Festiwal Dobrego Smaku. (jest już u mnie w zakładkach)

Agnieszka Jach i Romek Góralski.

Teraz wiecie, dlaczego całą sobotę nie wychodziłem na festiwalowy plac.

c.d.n.

środa, 02 września 2009

    Wcale nie trzeba było ich szukać. A już na pewno nie tak jak oni szukają swoich herbat. Na Festiwalu ulokowali się zaraz przy wejściu, w narożniku wiaty. Obłożyli się pięciolitrowymi baniakami wody Aqua Nostra, parzyli boskie napary, gadali ze wszystkimi, dzielili się swoją wiedzą i pasją. Psiakrew! …a ja dotarłem do nich dopiero wtedy, kiedy już spakowani zbierali po sobie ostatnie śmieci.


   

    Usłyszałem o
Čajografii miesiąc wcześniej, kiedy dyskutowaliśmy jak rozmieścić kawiarniane i gastronomiczne miejsca. Że unikatowe herbaty, że podróżnicy, że drugich takich nie ma. Potem, kiedy odbywał się konkurs na Smak Roku, na stole pojawiło się pudełko ich herbat, nie konkursowo, ot tak dla zaprezentowania. Powąchałem. I właściwie tym niuchem obchodzę się do dziś. Nie piłem, nic nie kupiłem.

    Mówiłem wam, że nie użyłem tym razem podczas Festiwalu, ale nie oznacza to, że wszystko przegapiłem. Jak pająk trzymający sieć, czułem co gdzie w tej sieci drży rozkoszną obietnicą smakowitych doznań.



    Aneta i Artur Woźniakowie, mieszkają niedaleko Badowa, a to miejsce przedziwne. Tam przecież mieszka słynny Sierzput, rezyduje Piotr Bikont i Mireczka. Tam odbywają się premiery ich sztuk, słynne biesiady, szalone sylwestry. Tam też kręcono Testosteron. To z tych okolic promieniuje przedziwna moc, energia, czy jak to zwał ..Światowe Centrum Pasjonatów!? ...żartuję.

    Artur opowiadał mi jak jeżdżą czasami do Nepalu, albo jak sprowadzają maleńkie próbki, oznaczone bardzo konkretną datą i miejscem zbioru. Jak powoli wspinali się po drabinie uprzywilejowanych klientów. Docierają czasami do tak małych plantacji, że cały zbiór to zaledwie 10kg herbaty. Bywa, że z niewiele większych plantacji wykupują cały roczny zbiór, powiedzmy ok. 100kg.




    Dzielą się swoją pasją i swoimi herbatami. Szkoda, że nie dotarłem do nich na czas. A nie dotarłem, bo wraz ze Słosiem prowadziliśmy dziennikarską kawiarenkę Cafe NIEBO, usytuowaną na końcu serowej alejki, wysoko na skarpie. Docierali do nas szczególni festiwalowi goście, dziennikarze, a ja parzyłem im kawę po arabsku, czyli umieloną z kardamonem, goździkami i cynamonem. Potem zmieszaną z cukrem i ugotowaną w rondelku. Częstowaliśmy drożdżowym ciastem jakie nam upiekła pani Chomiczowa, serami, miodami pitnymi i gruszkami przedziałkami (zwanymi też księżniczkami). Ale głównie to krzyczałem „przepraszam bardzo, to kawiarenka dla dziennikarzy, jeśli pani jest z jakiejś redakcji to zapraszamy, jeśli nie, bardzo przepraszamy!”.

    To mi przypomniało, że wczoraj czytałem na blogu Tomasza Prange, o innym pasjonacie Ryszardzie Rejowskim. Normalnie to on jest winiarz, ale też i wielki miłośnik kawy. Poczytajcie sobie.



c.d.n.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

    Od Festiwalu w Grucznie minął tydzień, czyli czas na podsumowania. I tu zaczynają się schody, co i jak podsumować. No właśnie! Zajmując się miłymi gośćmi, z rzadka udawałem się w głąb festiwalowego interioru. Mało widziałem, jeszcze mniej próbowałem. Zgroza!



    Całe szczęście, że dotarł do mnie Sławek (Słoś), moje radiowe, szczecińskie wsparcie, i jego niepohamowany apetyt razy kilka wyciągał mnie na rekonesans. Takie wyciągnięcie za każdym razem kończyło się miseczką czerniny. Zjedliśmy jej chyba ze cztery, a każda następna była coraz gęściejsza od mięsa, klusek i owocowego suszu.

    Pierwszy kontrast – być na festiwalu smaku i się nie najeść po czubek głowy. Serów się co prawda najadłem, ale obiecałem sobie, że dam wam trochę odpocząć od tego tematu. Najważniejsza była organizacja (w sensie czasownik).

    W piątek był normalny organizacyjny bałagan, a po środku tegoż placu boju, królował Franek Daroń, w słomianym kapeluszu, dyrygował wszystkim i wszystkimi. Strasznie mi zaimponował jego spokój i opanowanie festiwalowej materii. Z tylnej kieszeni wyjmował jeszcze ciepły egzemplarz Gazety Festiwalowej, gdzie na rozkładówce wydrukowany był plan stoisk, i z jego pomocą rządził jak Napoleon, odwołań nie było. A na drugi dzień, kiedy odwołania i tak już nic nie znaczyły, bo wszystko stało jak miało (albo przynajmniej musiało) stać, chwytał się znaczącym gestem za torbę przewieszoną przez ramię i pytał – nalewka czy destylacik – że niby taki quiz robi. Reszty się domyślcie.

Siedzimy sobie spokojnie, bo to dopiero piątek.

    Pogoda petarda! Tylko w nocy z piątku na sobotę pokropiło lekko kurz. Po południu wszystko stało gdzie miało stać, a niektóre stoiska dopięte na ostatni guzik czekały omotane folią na sobotni szturm. Nie ma skuchy, jeśli idzie o dbałość o szczegóły, zwłaszcza u cukierników.


    Kontrast numer dwa – nie dajcie się zwieść ciszy – to cisza przed burzą. Puste namioty, te kilka aut manewrujących aby coś dowieźć… A w sobotę cały świat nagle zapragnął odwiedzić Gruczno. Tłumy nieprzebrane. Ułani, aby dojechać na miejsce musztry jechali przez główny plac (trochę też po to aby się zaprezentować), widziałem jak szwadron, zamykał oczy i parł do przodu, nawet konie oczy zamykały. Inaczej by nie przeszli.

    Kiedy jeszcze w piątek patrzałem na pusta serową alejkę, drżałem trochę, czy aby ktoś tu zajdzie, skosztuje, zakupi, uszczęśliwiając swoje podniebienie, portfel sprzedających i moją dumę. W sobotę też drżałem, ale o bezpieczeństwo szturmujących stoiska. Wyobrażacie sobie, że można sprzedać 250 kg sera w zaledwie cztery godziny!? A potem co? Do domu? A co z niedzielą?

    Szacujemy (może zdjęcia lotnicze nam w tym pomogą), że Festiwal mogło odwiedzić ponad 30 tysięcy ludzi, i choć nie o ilość w tym wydarzeniu chodzi, to jednak coś jest na rzeczy - efekt skali. Znajomy dokonał prostej obserwacji – wszędzie, przed każdym stoiskiem stała kolejka, wszędzie coś kupowano i coś jedzono. Nawet nie wspomnę, że wielu nie doceniło zainteresowania odwiedzających i ilości przygotowane na dwa dni wyczerpało już pierwszego dnia. Ha! Dalim(śmy) radę! Nikt kto głodny, głodnym nie odszedł.  


    Kontrast trzeci – po ciemku widać lepiej …zwłaszcza że się używa kropel na poprawę wzroku w butelkach 0,7. To nawet nie chodzi o to, że biesiada, że wino. To chodzi o to, że boży wariaci lgną do siebie, nie chcą aby dzień się już kończył, kiedy jeszcze tyle do przegadania. Trzeba gorące wrażenia opatrzyć komentarzem, czasami przywitać się z kimś, bo dopiero wieczorem był na to czas.

    Jozef Simon, który przez dzień cały raczył festiwalową ciżbę kieliszkami wina, na wieczór zachował karton zacnych butelek. Słowami niepodobnymi do niczego, zachęcał do zgłębienia zagadki bikavera, odwiedzenia Egeru, słuchania Omegi, a może plótł androny. Efekt jest taki, że jedziemy do Egeru pić bikavery i słuchać Jesus Christ Superstar po węgiersku.

 

    Jean Bos, bos pośród kucharskich bosów, dopiero wieczorem oblekł się w maskę sfinksa i bardzo mądrze milczał na temat turnieju kucharzy. On był dumny, kucharze byli dumni, dumnie dymiła grillownicza maszyna o wdzięcznej nazwie Queen, dumnie wędził się w niej jesiotr, na którym dokonałem plastikowym nożykiem operacji oddzielania tego co jadalne od tego co niejadalne (głowa zawsze dla Włóczęgi).

    Słoś coraz to bliżej przysuwał się do grillowej lokomobili gdyż wyraźnie się w niej zakochał. A kucharze wyciągali z czeluści grilla kawałki naszej dumnej gęsi białej kołudzkiej. Jedliśmy, piliśmy, gadaliśmy. Jedno nie jest pewne – myśmy się wtedy męczyli czy już odpoczywaliśmy?

 

    O godzinie dwudziestej dziewiątej, tuż przy młynie, Pająk z Kudłatym napadli Czeremszynę. W niewolę szła piosenka. A do rzeczy, to Pająkowski postanowił, że ktoś zaśpiewa na mszy rano. Jego rano, kościołowe rano, to co prawda nie jest jeszcze śpiewacze rano, ale co tam… stanęło na 10tej zerozero. Słoś był na mszy i mówił że pięknie śpiewali po chechłaczu (czy może prawosławnie) a zachwycony ksiądz, zaintonował na koniec – idźcie na festiwal, ofiara spełniona.  

Włóczęga, Pająkowski, Basia z Czermszyny.

    Tak więc dokonały się kontrasty, gdy prawosławni muzycy z atencją odśpiewali na bożą chwałę w katolickim kościele.  

c.d.n.

wtorek, 09 czerwca 2009

    Jeszcze nie opisałem drugich warsztatów w Grucznie, a tu już za nami trzecie. Ale po kolei. Te drugie były na wariackich papierach, i kto wie, czy właśnie dlatego, nie były takie fajne. Przy poprzednich usłyszałem głosy niezadowolenia, że „łeee, myśleliśmy, że będzie więcej praktycznej roboty, wzięłyśmy fartuchy…” Ale jak poproszono kogoś do rozebrania mięsa, albo poćwiczenia w wiązaniu szynek, to prawie wszyscy dali krok w tył. Tym razem nie dałem im żadnego wyboru, od razu zagoniłem do obierania cebuli i dopiero co ugotowanych w mundurkach ziemniaków.



    Mieszając farsz z gorących ziemniaków, popisywałem się jednoczesnym wyrabianiem, i równoległym mówieniem na dwa tematy. Czy wspomniałem dlaczego to akurat ja prowadziłem warsztaty zatytułowane „Wypieki znane i nieznane”? Na guru tych nieplanowanych warsztatów wymyśliliśmy z Włóczęgą, naszego dobrego znajomego (nic nie poradzimy, że znamy wszystkich), Jacka Janiaka, świetnego i ciekawskiego piekarza z Sochaczewa. Niestety, gdy wylegiwał się na plażach Egiptu, obiecał nam, że owszem z przyjemnością, kiedy już wrócił do rzeczywistości, realność okazała się mniej pojemna na dzikie pomysły. Siedem czy osiem festynów, które obstawia, wyszczerbiony skład załogi, no i dupa. Nie przyjedzie. Zbyszek myślał kogo by tu rzutem na taśmę sprowadzić, a ja przyjrzałem się liście wypieków jakie życzyłbym sobie przećwiczyć. No i wyszło mi, że sam to zrobię, w końcu kilkuletnia praktyka na statkach robi swoje. Czego to człowiek już w życiu nie robił. Człowiek, czyli ja.
    Wymyśliłem sobie, że zabiorę kursantów w mentalną podróż po Polsce, a Zbyszek powyciąga ich jeszcze dalej, czyli na całą Europę. A wszystko to po to, aby tak naprawdę, wrócić z nimi do im najbliższej krainy i pokazać co tu mają ciekawego.
    Na początek zabrałem ich najdalej jak mogłem, w czasie i przestrzeni, bo aż do Lublina sprzed 600 lat. Pogadaliśmy też o krakowskich obwarzankach, czy żydowskich bajglach, teraz święcących swoje sukcesy w Nowym Jorku i Montrealu.




    Zbyszek, prawdziwy magik słowa, gadał o cebularzach jakby wraz ze starowiercami nosił przed szabasem, cebularze, czulenty, chałki, do katolickich piekarni. W końcu to jego strony, ale Zbychu ma dar uważnego czytania smaków i historii. Dodam tylko, że cebularze, zrobiły taką furorę, że następnego dnia, już na Jarmark Niedzielny, wypiekliśmy 150 sztuk, które rozeszły się w oka mgnieniu. Ludzie brali całymi blaszkami.



    Żeby kursanci nie dostali wstrząsu mózgu od ciągłego przenoszenia, to objechaliśmy zaraz całą przyległą okolicę. Przez podrzeszowskie bulwioki i śląskie buchciki, po poznańskie szneki z glancem. Wykorzystałem podobieństwa ciasta, choć przecież w rzeczywistości trochę się różnią. Szneki pewnie znacie, choć mało kto wie, że robione są z wałeczka ciasta, i powinny mieć w środku zagłębienie, aby tam weszło jak najwięcej lukru, czyli rzeczonego glancu. Kursanci znają słowo szneka, bo i tu język niemiecki odcisnął swój ślad. Buchciki to urocze śniadaniowe bułeczki, pieczone na blasze, ściśnięte jedne przy drugich, w niemieckim ordynku.




    Powychodziły nam nierówne, bo też i ze cztery osoby naraz kulały kęsy ciasta i formowały bułeczki.




    Bulwioki, proste spore wypieki, może już zapomniane, ale kto wie, czy nie z szansą na powrót. Ciasto bułkowe, prawie chlebowe, rozwałkowane na blasze, środkiem idzie mniejszy prostokąt nadzienia, czyli farsz jak na ruskie pierogi, dosmaczany miętą, i z wałeczka ciasta zrobione obramowanie po brzegach.




    To te z przodu po środku, z tyłu po lewej natomiast widać soczewiaki, a z przodu kulebiak z słodką kapustą i grzybami. Czyli jesteśmy na Podlasiu. Kulebiaki pewnie znacie, bo w niejednym domu piecze się go na wigilię. Soczewiaki, które poznałem pracując w Wigierskim klasztorze, to spore bułeczko-paszteciki. Ciasto jak na kopytka, a nadzienie, zmiażdżona soczewica, doprawiona solą i pieprzem. Niektórzy uczestnicy warsztatów, dopiero teraz, po raz pierwszy jedli soczewicę. Myśmy je w Wigrach podawali do barszczu.

    Kulebiak wyszedł nam palce lizać, nadzienie wprost idealne, co jak co, ale z farszów, to Zbychu jest słynny. On chyba się w nie wczuwa, jakby odgrywał ich rolę na piecowej scenie.

    W powrotnej drodze do domu, machnęliśmy kurpiowskie fafernuchy. Jestem ich fanem od pierwszego spotkania na …Jarmarku Dominikańskim. Żytnie ciasto, na proszku do pieczenia, z miodem i tartą gotowaną marchewką. Pychota, idealne do pogryzania.




    Po powrocie na rodzimy grunt (bo wyobraźcie sobie, ja urodziłem się w Bydgoszczy), korzystając z ciasta chlebowego, jakie przygotowali piekarze do wypieczenia na Jarmark Niedzielny, zrobiliśmy dwa wypieki stąd, mace borowiackie, czyli kwadraty ciasta, a na środku posadowiony farsz ze świeżych grzybów (mrożonych oczywiście, mrożonych). Jak nie ma grzybów, to też doskonale wychodzą ze skwarkami, czyli jak widzicie, są to wypieki niesłodkie, a więc wytrawne. Ha! I nadszedł czas na tytułowe ruchanki. Obecnie robi się je jak racuchy, pampuchy, czy prawie pączki, ciasto słodkie, bogate masłem, dość słodkie. Ale kiedyś to były jak podkrakowskie kukiełki, małe, podłużne bułki z resztek ciasta chlebowego, pieczone w stygnącym piecu, dla dzieci, do podjadania. Wybrałem ruchanki na sztimrze, bo chciałem całość oprzeć o wypiekanie w piecu. Choć „na sztimrze” oznacza właściwie, na kuchennej blasze, czyli fajerce. A ruchanki, bo ciasto musi być dobrze wyruchane, czyli wyrobione. Prosty wypiek, a ile wzbudza emocji. Psia krew, nie mam zdjęć. Mam jeszcze w zanadrzu kociewską kiszoną drożdżówkę. Ale o tym może inną razą.

    Na koniec zostawiliśmy sobie ciężką artylerię, biłgorajski piróg i tatarski pierekaczewnik. Piroga zrobiliśmy w wersji obszańsko-krzeszowskiej, czyli z serem jak w Obszy, ale doprawiony miętą jak w Krzeszowie. Piróg ma różne wcielenia, zależne bardzo od miejscowych tradycji. Zdarzają się bez sera i mięty, czasami ze skwarkami, ale zawsze z kaszą i gotowanymi ziemniakami. Nawet nie zawsze musi być w cieście.

    Pierekaczewnik to jest absolutna bomba. Tyle już o nim słyszałem, że musiałem, ale naprawdę musiałem go zrobić. No to zrobiłem od razu w dwóch wersjach, z mięsem i serem. Oba totalne, wielkie, aromatyczne, syte, a takie smaczne, że nie zdążyłem zrobić mięsnemu zdjęcia, bo miałem alternatywę, albo zdjęcie, albo spróbować. Zdjęcie mam dopiero serowego, a i też połowy.




    Ciasto jak makaronowe, ale bogate, na żółtkach i oleju, z kilograma mąki i ponad kilograma mięsa czy sera. Sześć części rozwałkowywuje się na grubość makaronową, a potem smaruje stopionym masłem …0,75 kg! Masła tam oporowo. Ostatnia warstwa to nadzienie, całość zwija się w wałek i układa na blasze w kształt spirali. Piecze się, ja wiem …półtorej, dwie godziny. Płatki ciasta pękają po wierzchu, a te w środku, prawie się gotują w maśle. Uwięziony farsz, zachowuje cały swój obłędny aromat. Jakie mięso? Młoda wołowina, jagnięcina, gęsina, byle nie wieprzowina (pamiętajmy, że Tatarzy to muzułmanie), a ser doprawia się cukrem bardzo powierzchownie, to nie jest ciasto deserowe, ser czerpie słodycz od ogromnej ilości rodzynek.

    Zbychu zaordynował, że jak na Festiwal Smaku przyjadą jego przyjaciele, węgierscy winiarze (a zarazem świetni kucharze), to podejmiemy ich właśnie pierekaczewnikiem. I mi się podoba ta koncepcja.

 

 

 
1 , 2