Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl

Rozważania

wtorek, 22 grudnia 2009

    Wynająłem kiedyś mieszkanie w domku, należącym do bardzo miłej pary małżeńskiej. Oprócz pani i pana w domu mieszkało dwoje ślicznych dzieci, chłopczyk i dziewczynka, oraz dziadek, czyli ojciec pani. Koło domu był ogródek, ale tak młodziutki, że tylko na jednym drzewku czerwieniły się dwa jabłka.

    Posłyszałem, jak raz, przed wieczorem, ojciec powiedział do dzieci: "Jabłka już dojrzały, niech pobędą na drzewie do jutra - jutro niedziela, to je zerwiemy. Te pierwsze jabłka z naszego ogrodu będą dla was: jedno dla mojej dziewczynki, a drugie - dla mego chłopczyka". Dziadek, który to słyszał, usiadł z dziećmi na ławce i zaczął im opowiadać. Treść bajki, która dochodziła mych uszu, była taka: Stary król ma córkę, oczywiście królewnę. Chce ją wydać za kolegę, króla sąsiedniego państwa. Ale królewnie podoba się pastuszek, który gra pięknie na fujarce. Król, jak to król, ma przekonania zawsze trochę konserwatywne; nie był przy tym bardzo muzykalny żeby odczuć i ocenić należycie piękną grę na fujarce kandydata na swego zięcia. Dość, że doszło do ostrej wymiany zdań między ojcem i córką. Ostatecznie król osadził nieposłuszną w wieży zamkowej, aby "nabrała rozumu". Ale córka, jak to często, niestety, młodzi, ceniła więcej uczucie niż rozum. I umarłaby może nieszczęśliwa z głodu, bo do tej pory siedzi, gdyby do okienka wieży nie przylatywał ptak złotopióry: zrywa on po ogrodach w nocy jabłka czerwone i dokarmia królewnę.
    Bajka opowiedziana była obszerniej i ładniej, szczerze wzruszyła dzieci. Słyszałem jak umówiły się: nie ruszą jabłek czerwonych, niech przyleci po nie ptak złotopióry!
    W nocy spać jakoś nie mogłem, wstałem z łóżka i nie zpalając światła, usiadłem w pobliżu okna. Zapatrzyłem się na gwiazdy. W cieniach nocy dojrzałem jakąś postać, Poznałem, że to dziadek. Zbliżył się on do drzewka, sięnął po jabłka, a potem - usiadł na ławce i słyszałem jak te jabłka zjadał. Z rana obudził mnie krzyk dzieci: "ptak zerwał jabłka! ptak zerwał jabłka!" - wołały z radością, godną lepszej sprawy. Koło drzewka zebrała się cała rodzina. Rodzice nawet nie słuchali, co mówią dzieci o ptaku: zaczęli biadać nad nieuczciwością i nad złodziejami, przed którymi nic się w naszym kraju ustrzec nie może. Staruszek przytakiwał. Mówił, że kraj nasz ma bohaterów, ma ludzi znakomitych, ale ma, niestety, i złodziei. No cóż... tak narzekali, bo byli rozdrażnieni.
    Uspokojono się wreszcie. Rodzice poszli na miasto, dzieci biegały po ogrodzie, a staruszek usiadł na ławce i zapłakał. Zbliżyłem się do staruszka i spytałem.
- Pan płacze?
- A tak, panie płaczę. Ale nie ze smutku. Są to łzy radości - odpowiedział dziadek.
- A z czego się pan tak cieszy?
- Panie - mówił staruszek - rodzice się martwią, że jakaś szelma-złodziej zjadł dzieciom jabłka. Jest to podejście, że tak powiem biologiczne czy zoologiczne: aby tylko dzieci nakarmić. Dba o to lwica, kotka, słowik. Ale ja sięgam dalej: wiem, że tych kochanych wnuków, które mają takie dobre serca i nie żałują jabłek dla głodnej, wiem, widzę to jasno, że wyrosną z nich ludzie szlachetni.
    Tak to pięknie ujmował staruszek. A ja z początku myślałem, gdy zjadał jabłka, że to człowiek nieuczciwy. Nawet - kanalia.

    Wraz z tą szlechetną przypowiastką, składam Wam moi czytelnicy, życzenia
Zdrowych, Radosnych Świąt Bożego Narodzenia, żeby Wam się wiodło
i abyście nie myśleli, że wszystko jest tak jak wygląda. Czasami jest kompletnie odwrotnie.
    A korzystając z okazji, składam wyjątkowe życzenia tym, którzy świętują tego szczególnego dnia swoje imieniny; Ewom i Adamom, a zwłaszcza trzem moim gotującym przyjaciołom: Adamowi Faleńskiemu, Adamowi Ćwielągowi i Adamowi Żemojtelowi - ich gotowanie zawsze wychodzi poza samo gotowanie (i oby zawsze tak było).

Opowieść jest fragmentem opowiadania Jerzego Szaniawskiego "O miłym staruszku" z tomiku opowiadań p.t. "Profesor Tutka".

czwartek, 12 marca 2009

…walka z wiatrakami.

     Robiąc zakupy, a właściwie szukając mrożonego szpinaku, wychodząc już ze sklepu natknąłem się na plakat reklamujący blok seropodobny. Nie ser, lecz produkt seropodobny. Uczciwie? Właściwie niby tak. Ale ja wiem, czy jest się czym chwalić?

    Przypomniały mi się od razu, wszystkie informacje o fałszywych serach, masłach, parówkach jakie ostatnio czytałem. Ale narzekania na producentów, na fałszowanie, na warunki urągające (co za piękne słowo) czystości, to nic nowego. To nie jest wynalazek nowoczesnych mediów czy dziennikarzy śledczych. Tak jak wrażenie „że kiedyś było lepiej” też nie jest naszym wynalazkiem. Więcej! Fałszowanie to też nie teraźniejszy wynalazek. Robiono to od stuleci. Podrabiano wszystko, na każdym etapie czy to produkcji czy dystrybucji. Czy nie słyszeliście o dolewaniu wody do wina? A wojenna aprowizacja? Fałszowano chałupniczo i masowo.

    

    Koniec XIX wieku to istna plaga fałszowania masła i herbaty. Oba produkty codziennego użytku. Mleczarnie pojawiły się w wieku XX, a wcześniej przekupki i mleczarki chrzciły mleko wodą chałupniczo i można to tak nazwać ..tradycyjnie, psując jakość oraz smak swoich produktów. Ale nie wyrządzały jeszcze szkody na zdrowiu, bo to jest osobna para kaloszy. Kiedy powstałe mleczarnie do śmietanki zaczęły dodawać mielonej kredy, a do mleka sody (aby nie skwaśniało), to już nam zaczyna przypominać czasy w których żyjemy, kiedy to dodawano proszek IXI. Masło mogło być nawet prawie „wegetariańskie” gdy powstawało ze zmielonych ziemniaków zabarwionych sokiem z marchwi. Tylko czy wegetarianie byliby z tego szczęśliwi? 
    Herbatę fałszowało się już hurtowo. Proceder wymagał nakładów i zaplecza, a uderzał najbardziej w ubogie warstwy żydowskie, które upodobały sobie ten napar, gdyż herbaty nie traktowano jako posiłku i można było ją pić przed poranną modlitwą. 

    

    Fałszerstwo przybierało wtedy przerażającą postać . "Piórka, cynamon, odłamki zapałek, karaluchów, skórek od kiełbasy" stanowiły nawet 1/5 całego towaru. Dodawano spreparowane liście wierzbówki, mokre liście sypano w pryzmy, fermentowano jak herbatę, a uzdatniano torfem, popiołem, nawozem tak długo, aż nabierały odpowiedniego koloru. Dla uzyskania zapachu, pakowano do pudełek po prawdziwej herbacie, obsypywano skórkami pomarańczy, cytryn lub cynamonu. Herbata często miała swoje drugie życie. Fusy skupowane po herbaciarniach, gdzie w zlewach montowano specjalne sitka, aby je zbierać, znowu suszono, aromatyzowano, ale i żeby tu jeszcze zwiększyć wydajność, dodawano wszystko co się dało – korę sosnową, rybie łuski, łupiny orzechów, pestki, obierki, szmaty. Ponieważ proceder zaczynał się już w Chinach (skąd my to znamy?), to naprawdę nie wiem, czy ktoś znał smak prawdziwej herbaty. Tak powstawały egzotyczne gatunki – batumska, kaukaska o „niepowtarzalnym smaku i aromacie”. A czym była mielona kawa w Moskwie? Skoro jak oceniali naukowcy, w 100% była fałszowana!? W Lublinie 70% oliwy była chrzczona na potęgę. 



    Alkohol podobnie jak dzisiaj to wdzięczny obiekt do nadużyć. Rozcieńczanie, oszukiwanie na jakości, i wielka fantazja produkcyjna. Koniak robiło się na przykład z rumu, wina, esencji koniakowej, karmelu. Ale już po drodze poszczególne składniki były mocno zafałszowane. Wino robiono ze spirytusu, barwników, eterów, no i rzecz jasna wody. Nawet sacharyna, którą nagminnie dosładzano była fałszywa, bo i fałszerzy oszukiwano. 
    Odpustowe karmelki też miały ciekawe składniki. Patoka kartoflana, roztwór kwasu salicylowego, mydło. Barwiono nie tylko cukierki, ale i makarony. W użyciu był zabójczy chromian ołowiu. Karmin, eter, kwas winny to składniki wspaniałej czerwonej oranżady. Cudny miód lipcowy uzyskiwało się z syropu kartoflanego z sacharyną (zakładając, że była to sacharyna, a nie np. glukoza, kwas borny i sacharoza). 

    Dwa kongresy poświęcone walce z zafałszowaniem (1894 Wiedeń, 1908 Genewa) doprowadziły do zakazu sacharyny, barwników anilinowych, eterów owocowych. Ubodzy jednak przyzwyczaili się (i swoją kieszeń) do tańszych odpowiedników produktów. A skoro szukali, to i znaleźli. Powstawało wtedy podziemie produkcyjne odpowiadające na to zapotrzebowanie.

    Teraz na straży naszego zdrowia, stoją inspektorzy IJHARS, Sanepidu, GIIH, a w obronie fałszujących całe zastępy prawników, lobbystów, marketingowych magików, tony przepisów, dziwnych norm, grafików, którzy potrafią tak udanie zrobić opakowanie, że sami nie wiemy co jest w środku. Tylko po staremu rozsądku nam brakuje. Nie łudźmy się, że dostaniemy kostkę masła za 1,99 albo kilogram sera za 9,99. w takiej cenie to co najwyżej olej palmowy (wyjątkowe niezdrowe świństwo).

    Zajrzałem na stronę producenta wspomnianego na początku bloku seropodobnego. I co czytam?
„Z uwagi na rosnące zainteresowanie produktami nie zawierającymi lub zawierającymi w swym składzie jak najmniej tłuszczów zwierzęcych (w tym tłuszczu mlecznego) proponujemy produkowany przez nasz zakład od kilku lat produkt seropodobny o nazwie GOUDEK. Jest produktem w którym 100% tłuszczu mlecznego zastąpiono tłuszczem roślinnym.” 
 „Kreatywność załogi sprawia, że oferta handlowa systematycznie powiększa się, a firma Nasza uzyskuje nowych kontrahentów” - dodają z dumą.

    Ha! Nawet winogrona na zdjęciu są sztuczne. No to smacznego.