Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl
czwartek, 14 października 2010

    Niestety, nieprzyzwoicie lubię pieczywo, a kanapki po prostu uwielbiam. Nawet w czasach kiedy próbowałem się odchudzać (albo przynajmniej powstrzymać proces przybierania na wadze), kiedy wchodziłem do piekarni (zawsze stała mi na drodze), to choć miałem silne postanowienie kupić co najwyżej pół bochenka lub dwie bułki ..wychodziłem z dwoma-trzema połówkami różnych chlebów, pogryzając na sucho bułkę.




    Acha! Co się dzieje z bułkami, nie wiem, to nie są już bułki, te małe wyglądają jak śruta jakaś, karma dla ptaków, uwalane ziarnem, ziołem, śmieciem jakim, a w środku mają coś takiego, że to trudno nazwać, jakby tam nikt nie miał zaglądnąć, bagietki to tylko zapieczony pergamin z watą w środku. Dobra, ulżyłem sobie. Teraz do rzeczy. No jeszcze mnie trzyma, psiakrew, a maślane bułeczki? Co to jest!? Żeby ci piekarze od siedmiu boleści parkinsona dostali, żeby ani jednego kieliszka do ust nie donieśli. Kij im w bok. Już wracam do tematu. Otóż zamówiłem w …nieważne gdzie zamówiłem, i dostałem pocztą „Atlas kanapek świata”. I powiem wam, że dawno nie miałem takiej przyjemności z czytania kulinarnego dzieła. Jasne, uwielbiam „Compendium ferculorum”, ale to trochę jakbym słuchał niebiańskich chórów przez gruby mur (nawet na chórzystki nie można popatrzeć), a tu proszę, karta po karcie, kanapka po kanapce tak mnie wciągały, że na początek przeglądnąłem ćwierć od początku i ćwierć od końca. Jakby czując, że (podobnie jak w kanapce) w środku będzie najlepsze. Dlaczego nie przeczytałem całej książki? A dlatego, że podobnie jak teraz musiałem sobie zrobić coś do zjedzenia (nie pytajcie co, bo powiem, że głupie pytanie). Prócz zdjęć (bo wiem, że Paweł robi świetne zdjęcia) dwie rzeczy mnie zachwyciły, mini opisy kanapek i mapy. Mapy pochłonąłem w pierwszej kolejności i od razu mi się sporo spraw w głowie rozjaśniło. Aha! Emigranci, te Małe Italie, wursty, pieczywo, cholera, jakie to logiczne. Tak moi drodzy, autorzy, czyli Adrianna Ewa Stawska i Paweł Loroch sporo się natrudzili, żeby zebrać, przemyśleć i przedstawić nam dogłębnie temat. Wielki ukłon w ich stronę.




    Zagrali nawet na moich emocjach – patrzę – „kajzerka z szynką”, luba ma od najmłodszych lat, dalej patrzę – „szczecińska kromka” …z paprykarzem, którego nigdy nie lubiłem i dalej nie lubię, co nie znaczy, że łezka sentymentalna mi się w oku nie kręci. Potem białoruskie „białe złoto”, do którego trzeba dorosnąć jak do picia wódki. Z sałem (jadłem dziś, a co – dziękuję Wojtku), na ciemnym chlebie bez smarowania, za to uwielbiam kroić tę kanapkę w kostki, czyli samolociki (jest we mnie jeszcze sporo dziecka). I te najukochańsze, z jajecznicą, z jajem twardym, sadzonym, siekanym.. Pamiętam, jak niegdyś wracając dość często z promów z skandynawskich tras, na dworcu w Gdańsku kupowałem trójkąty z pastą jajeczną, które mi to bezczelnie wyjadali wszyscy ci, co jak ciołki kupowali salami, szynkę, ser. Bo takie luksusowe niby, delikatesowe. A propos innego dworca, otóż na krakowskim głównym, w tym przejściu też głównym, jest barek, gdzie w porządne buły pakują cudowne plaskate mielone kotlety. Żadne tam schabowe, sznycle, czy kurczaki piersiaste, im nie podskoczą. Nawet jakbym miał tylko do Krzeszowic jechać, to bułę taką zawsze kupię.

    „Łebska” przypomniała mi jak lubię gotować krupnik na świńskich skórkach …bo w trakcie gotowania, wyjmuję miękkie skórki (wędzone są najlepsze, choć te pochodzą z kapuśniaków), smaruję musztardą kromeczki ciemnego chleba, obkładam skórkami, solę grubą solą i jem póki gorące.

    Ileż to ja się narobiłem kanapek pływając w marynarce handlowej. Znane było wśród kucharzy powiedzenie – stary kanapki zamawia, zaczynamy manewry, znaczy pilot na burcie. Bez kanapek, żadne manewry się nie odbywały. Na odprawy wystarczyło wiadereczko lodu, resztę stary miał.

    Właśnie ze statku pochodzi moja ulubiona, a dziś też tytułowa kanapka – „ruskie żeberka”. Kucharze, którym na wszystkim w kuchni zbywało, chętnie sięgali po coś prostego, niepretensjonalnego, mocnego w smaku. Tej kanapki nauczył mnie kucharz z Kołobrzegu a i ja wyhodowałem już na niej kilku zacnych smakoszy. To kromka ciemnego żytniego chleba (nie takiego jak się teraz niektórym wydaje, ciemne to nie znaczy karmel, lecz spory udział mąki żytniej), posmarowanej masłem (dokładnie), obłożone talarkami cebuli (nie krążkami), sól i pieprz po raz pierwszy, potem obficie posmarowanej majonezem, na to półplasterki jabłka słodko-kwaśnego, znowu sól i odrobina majonezu, a na koniec kilka plam majonezu znowu pieprz i listków pietruszki.


    I tę kanapkę wnoszę jako dar dla Adrianny i Pawła. Jedzcie i chwalcie po wszystkich oceanach świata.

sobota, 09 października 2010

    Pod koniec września byłem na konferencji historycznej poświęconej jedzeniu. Od zarania dziejów, badanych przez paleobotaników po czasy najnowsze i ich odbicie w filmie, jako najnowszej ze sztuk - takaż to była rozpiętość badanego przedmiotu.



„Smak i historia. Metodologia, źródła, perspektywy”.

    Trzy dni słuchaliśmy wystąpień, obradowaliśmy a wieczorami (również nocą) integrowaliśmy się wokół wciąż tych samych zagadnień, wciąż i wciąż konstatując, jak mało wiemy o historii jedzenia i spożywania.
    Czy kapłon, to był każdy kogut włożony do garnka, czy może jednak kastrowany dla przybrania na wadze? Czy wynalezienie garnka zmusiło nomadów do osiedlenia się i zwrócenia ku rolnictwu? Jak można przełożyć badania historyczne na współczesną produkcję? A że można, udowodnił Browar Kormoran ze swoimi nowymi piwami, jakie stworzył we współpracy z Muzeum Warmi i Mazur. Czy literatura piękna (choć nie najpiękniejsza) może być źródłem historycznych badań? Jak się bada jakość potraw i produktów regionalnych?

    Ukłon wobec incjatywy porfesora Dumanowskiego, za zorganizowanie nie tylko tej konferencji, ale zakreślenie zrębów nowego podejścia do historii kuchni. Dodam tylko, że wraz z Magdaleną Spychaj zredagowali najnowsze wydanie Compendium Ferculorum. Za co tego roku w Grucznie, otrzymali laur najlepszego wydawnictwa kulinarnego (od lipca`09 do czerwca`10).

    Zapraszam na strony Centrum Badań nad Historią i Kulturą Wyżywienia

----------------------------------------------------------------------------------------------

    A jutro w audycji Nieustraszeni Smakosze, gość Jerzy Madejski przedstawi najnowsze wydanie dwumiesięcznika Pogranicze, pod tytułem "Wielkie żarcie".

    Słuchać w niedzielę o 16:00!

----------------------------------------------------------------------------------------------

    A teraz idąc za ciosem. W audycji ogłaszaliśmy dwukrotnie konkurs, w którym zachęcaliśmy do opisywania ryneczków, targowisk, a nawet warzywniaków, gdzie wciąż żyje duch dobrego handlowania i świetnych produktów. Niestety, zgłoszeń brak. Nie wierzę, że takich nie ma, raczej źle to zareklamowaliśmy. Toteż przenoszę go również do netu, czekam na listy pod adres smakosze@radio.szczecin.pl. Zasięg - cały kraj, zdjęcia mile widziane. Nagrodą jest ta sama książka "Tradycyjne sady przydomowe", bogato ilustrowana. Zapomniane, ale wciąż obecne w naszym kraju stare odmiany drzew i ich owoce.

piątek, 24 września 2010

    W którymś z ostatnich programów Mam talent, zobaczyłem gościa, który tak właśnie zapowiedział swój wykon. Mi tak przeleciało kilka ostatnich miesięcy, na czas.



   
Lato minęło, o czym donoszą niepocieszone media, a ja nawet nie wiem kiedy. Tak jak nie ma co się przejmować o północy, że dzień minął, bo dzień zaczyna się o wschodzie słońca, więc i noc musi trwać do rana, tak lato zaczyna się gdy wskakujemy do jeziora a kończy gdy przed wyjściem z domu rozglądamy się za parasolem (panie za parasolkami). Ja włożyłem go na stałe do auta. Moje lato zacząłem od majowej wyprawy po serki do Wiżajn.

    Tak sobie wymyśliłem, że ten rok poświęcę na testowanie handlu (skoro w tych serach jestem, skoro nie jest mi źle z tym). Pojechałem, kupiłem, ośki siadły. Mimo że prawie miesięczne, to jednak młode to sery były. Kierunek Szczecin i Piknik nad Odrą. A tam chmury nisko wiszące, słaby ruch, jeszcze słabszy utarg. Nawet na koszty nie starczyło. Musiałem się ratować i pojechać na Father`s Day do Berlina, tam jeszcze mniejszy ruch, ale za sprawą fatalnego usytuowania (przedostatni namiot przed kiblami). Ciągle na minusie. Chrzanić, jadę do Gruczna, poprowadzić Warsztaty serowarskie. Pięknie wyszło, sprawnie, ale ktoś zaiwanił mi książkę, jaką dostałem od Agrovisu. I po co mu dedykacja? Wydrapie, przerobi? Gdyby ktoś widział, niech dzwoni, albo od razu leje w ryj.

    Czerwiec spędziłem na Pojezierzu Drawskim gotując z ludźmi ryby. Nieoczekiwanie fajne zajęcie. Tak mi się łeb na ryby otworzył, że aż powinienem im zapłacić za takie szkolenie. Jedenaście dni i po trzy-cztery potrawy za każdym razem inne. Najbardziej zadziwiłem się linem w truskawkach (z czosnkiem) i chłodnikiem na płociach i maślance.

    Po drodze, czyli w międzyczasie moje urodziny, pięćdziesiąte. Skromna osobowo kolacja, ale smakowo niczego sobie. Goście wymiękli przed głównym daniem. Takie małe żołądki teraz produkują czy co? Hasło na kolejne pięćdziesiąt lat – czystość, długowieczność, zdrowie… nie są celem same w sobie.

    Szczecin, Jarmarkiem Jakubowym wpisał się do kalendarza dużych kulinarnych wydarzeń. Stałem, sprzedawałem, rozmawiałem, i w zastępstwie Marka, debiutowałem jego serami.

    A zaraz po Jarmarku, Noc Śledziożerców, gość specjalny – Adam Chrząstowski z Krakowskiej Ancory i gość specjalny Marek (Ziemianin). Z moją lubą zrobiliśmy sobie rajd po wybrzeżu. Od Helu po Albeck. Odwiedziliśmy wszystkie stolice kiczu i miliona chińskich klapek, Jastrzębią Górę, Niechorze, Świnoujście… szlag mnie trafił u Niemców – za czysto, za ładnie, i za niepłatny wstęp na molo. Nawet tego samego cholernego (co i my go mamy) bałtyckiego śledzia potrafią w nieskomplikowany sposób sprzedać w bułce ku radości turystów i zyskowi własnemu.

    Pojechałem do Topolna, do Chomiczów, robić sery, pod czujnym okiem Krzysztofa J. wyglądało to jakbyśmy bimbrownię zakładali. Beczki jakieś, palniki, konstrukcje. Fajnie było jak w przerwie pomiędzy partiami, wskakiwaliśmy do jeziora. Upały nie z tej ziemi.

    Prosto stamtąd pojechałem do Poznania (OFDS) poprowadzić Laboratorium Smaku – odsłona – sery zagrodowe. Sukces. Cudownie było spotkać się z przyjaciółmi, znajomymi bliższymi i dalszymi. I powrót do Gruczna, czas rozstrzygać Smaki Roku. Wyjątkowo sprawnie w tym roku poszło. Cykata jak najbardziej zasłużenie wygrała (Grand Prix). My, czyli artyści i dziennikarze główny laur przydzieliliśmy serom łomnickim.

    A zaraz potem główne wydarzenie – Festiwal Smaku w Grucznie. Ludzie! Jaką ja kawę piłem!

    Na początku września z Robertem Makłowiczem, poprowadziliśmy warsztaty gotowanie w hotelu Anders w Starych Jabłonkach. Grupa, która zapowiadała się na 30 osób (choć na początku przyszło tylko 10) urosła nagle do prawie setki. Masakra, ale poszło sprawnie i wesoło. Przed warsztatami, godzinna kawa z szefem kuchni Darkiem Strucińskim – bezcenna.

    Dzień później Jarmark Chłopski w Olsztynku. Jeszcze mi zostało trochę serów po Grucznie. Następny weekend w Kazimierzu Dolnym, na Profesjonaliach ponownie z Robertem, a niedziela w Wolbromiu, gdzie prowadziłem imprezę, robiłem pokaz i zasiadałem w Kapitule konkursowej. Dla mnie osobiście, to wygrał Żur dworski. Można było pić z gwinta czyli ze szklanki sztormówki, jak nazywają słoiki twist-off tramwajarze i słynne tramwajarki. Taki był dobry. Jadę na grzyby, mam miejsce na maślaki.

----------------------------------------------------------------------------------

W tą niedzielę Nieustraszeni Smakosze, wypytają speca od nieruchomości, o co chodzi kupującym z tą kuchnią. Będzie też konkurs z nagrodą - otóż tworzymy Mapę szczecińskich ryneczków i warzywniaków. Słuchać!

sobota, 18 września 2010

    Chciałbym wam polecić czytanie pewnego blogu, raz, że to moi znajomi, dwa, że to mój ulubiony kierunek myślenia geograficznego.

    Córa moich poznańskich przyjaciół pojechała na roczne stypendium do Indii. To na tyle niecodzienne wydarzenie w rodzinie, że mama postanowiła prowadzić bloga, jak to tam jest (słowami Olgi).

    Tytuł mojego wpisu pochodzi z sanskryckiej intencji ...wydrukowanej w legitymacji studenckiej. Jak się żyje, studiuje, co zadziwia, jak smakuje gulab jamun, dowiecie się z Listów z Indii.

...................................................................................................................

    W Radiu Szczecin jesienna ramówka, i audycja Nieustraszeni Smakosze wraca na swoją starą stałą godzinę 16tą.
    Jutro naszym gościem będzie Bartłomiej Sochański, konsul honorowy Niemiec, więc domyślacie się o jakiej kuchni będzie mowa. Bolek Sobolewski w zeszłym tygodniu odbierał na PolAgrze Perłę za swoją zupę z sandacza, a na koniec audycji, nasi radiowi koledzy, zdadzą bezpośrednią relację w Święta Dyni nad uroczym jeziorem Miedwie.

    Aby posłuchać, kliknąć link po lewej a potem głośniczek. To wszystko. Audycja w czasie rzeczywistym, nie z żadnego archiwum.

czwartek, 26 sierpnia 2010

    Do zobaczenia za rok ..niestety. I znowu trzeba będzie czekać do kolejnego sierpnia, do kolejnego Festiwalu. A póki co, ratujmy się czym się da, jedzmy, pijmy śpiewajmy. Tylko bez przesady.

 

    Ja jestem w zdecydowanie lepszej sytuacji, bo w Grucznie bywam średnio raz na miesiąc. A to sprawy organizacyjne (w Komitecie Sterującym), a to warsztaty smaku, a to Gruczeńskie Convivum Slow Foodu, bo ponad wszystko cenię sobie towarzystwo tamtejszych wariatów. Bareya opisał co było podczas Festiwalu, pewnie za moment ukażą się na różnych stronach relacje i podsumowania, bo znowu było coś ciekawego. A mi wpadła myśl do głowy, żeby opisać Gruczno poprzez różne grupy jakie tam istnieją, czy się jednorazowo zawiązują.

Jury

    W poniedziałek poprzedzający Festiwal, zjechaliśmy się do Gruczna, aby jurorować Smak Roku i Miód Roku. Trzy gremia, osobne dla miodów i dwa do smaków – profesjonalne i artystów z dziennikarzami, w którym ja zasiadałem, choć o siedzeniu mowy nie było. Nawiasem mówiąc były jeszcze dwa podobne składy podczas Turnieju Nalewek w sobotę Festiwalu.

Bardzo mnie ucieszyło, że w końcu udało nam się ściągnąć Marka Sztarka, zasiadł w miodach. Swego czasu powołał do życia markę Miodów Drahimskich, bodaj najlepiej rozpoznawalną po paprykarzu markę w zachodniopomorskim.

Oceniać miody to bardzo trudna sprawa, mnie osobiście przeraża taka kumulacja słodkości.



    Jean Bos przewodniczył jury profesjonalnemu, o składzie jakie inne festiwale mogą tylko pomarzyć. Artur Moroz, wyjątkowy bezkompromisowy restaurator, Piotr Przybyło niebywały znawca piw, Marek Gąsiorowski znawca chyba wszystkiego co polska kraina daje na stół, Hirek Błażejak, posiadający smak absolutny (coś jak słuch), oraz Marek Szczygielski w nowej roli arbitra powiedzmy technicznego, bo tyle ile on wie o tym jak się co robi, to chyba wie mało kto na świecie.




    Jury dziennikarskie oceniało sercem, toteż kobiety achami zyskiwały największe poparcie dla tego czy innego produktu. A tych kilku facetów, choć słusznej postury poddawało się (choć nie bez oporów) ich werdyktom.

Jak w rozmowie wspominała pani Bożena Sokołowska (ser łomnicki, nasze I miejsce), ocenę artystów, zbliżoną do oceny szerokiej publiki ceni sobie najwyżej.

Franek Daron (przedstawiciel organizatora i zarazem sekretarz), ja, czyli sędzia niezależny (sic!), Artur Michna (podobno nie z Gościa Niedzielnego, lecz z portalu poszukiwaczesmaku.pl), poddawali się dyktatowi pań; Monice Kuci (Rzeczpospolita), naszej przewodniczącej, Agnieszce Romanowicz (Gazeta Pomorska), Marii Sikorskiej (TVP), Hannie Walenczykowskiej (Express Bydgoski). Jak widać dość różnorakie towarzystwo.



    Co i czym zastało nagrodzone pewnie przeczytacie wkrótce na stronach Festiwalu, ale już prześledzicie na „poszukiwaczach”.

Owce

    Cybernetyka bada łączność i sterowanie – komunikowanie się człowieka z człowiekiem – cześć! komunikowanie się człowieka ze zwierzęciem – baranie stój! komunikowanie się barana z człowiekiem - beeee

 

    Na zdjęciu nasze (festiwalowe, gruczeńskie) owcze stado, jego pasterz Mirosław Nowakowski i pies jego Endi. Całe towarzystwo w randze profesorów.

Grochówka

    Gdyby w Grucznie nie było strażaków, to należałoby ich niezwłocznie wymyślić. Choć w konkursie na Smak Roku ze swoją grochówką polegli, to jednak ta grochówka dostarczyła nam niejednokrotnie miłych wrażeń i wspomnień. Bez niej nie odbędzie się żadne lokalne święto ni zabawa wiejska. Jak widzicie na zdjęciu, różne są strażackie wozy bojowe i bojowo nastawione towarzystwo.

Magazyn

    Nie wiem jakim cudem czy zrządzeniem losu, weszliśmy (my Festiwal) w posiadanie magazynu z roku 1909. Mieści się po przeciwnej stronie ulicy co kościół. Gdy poszliśmy tam na pierwsze oględziny, Włóczęga znalazł arkusz A-0 dokładnie wyklejony etykietami win prostych. Teraz arkusz ten jest w digitalizacji, ale w swoim czasie go pokażę.

    Magazyn został uporządkowany i pomalowany, a w piątek przed Festiwalem zrobiliśmy chrzciny i parapetówkę. Zaproszenia zostały rozdysponowane za pomocą machnięcia ręki i ciągnięcia za rękaw. Szła śliwowica, cydr, oscypki od Komperdy i moje sery. Byli goście zagraniczni (baskijski profesor od cydru) i semizagraniczni (Jean Bos), kwiat dziennikarstwa, publicyści, pisarze, prawnicy i zwyczajni porządni ludzie. Mimo wszystko nieprzypadkowe towarzystwo.


Kawosze

    Do Gruczna, na osobiste zaproszenie Włóczęgi, przyjechał arcymistrz-barista, Marek Czepiec, być może profesor albo papież, gdyż sam słyszałem jak włada pięcioma językami. Marek skupiał wokół siebie wyznawców kawy, bo inaczej tego nazwać nie można. Kiedy w domku na skraju wsi, w kuchni, wzniósł opakowanie kawy, wypowiadając słowa – ta kawa była palona 36 godzin temu w Paryżu, w palarni Soluna, pochodzi z Jemenu – wiedziałem, że mój ateizm legł w gruzach. Mogę sobie od czasu do czasu mówić, że nie lubię latte (mleko jest rakotwórcze, wciskam każdemu, który się pyta dlaczego), ale teraz będę musiał dodawać – że owszem nie lubię, z wyjątkiem latte Marka Czepca (tak, tak, to ten sam co w „Weselu” Wyspiańskiego). To nie towarzystwo, to sekta.


 

Kucharze

    Konkurs kulinarny ściągnął głodnych sławy kucharzy i pławiące się w onej sławie międzynarodowe jury, w większości rekrutujące się z grona Euro-Toques. Grubi i chudzi, jak chociażby Krzysztof Szulbierski (mistrz świata BBQ)i Piotr „szczypior” Szczygielski. Cała dolina utkana była białymi kitlami wszechobecnych kucharzy, których często (jakież to miłe), dostrzegałem przy różnych kramach próbujących specjałów i już marzących o ich użyciu w kuchni. A jak się na scenie dorwali mikrofonu, to myślałem, że nasza estradowa para „kawa czy herbata z piórkiem” nie zgoni ich przed północą. Biała Brać, tak nazwałem to towarzystwo.




Cafe Toga

    W zeszłym roku, na skarpie za Serową Aleją, stało Cafe Niebo. W tym roku Nieba nie było, ale tuż pod moim nosem, w tej słynnej już serowej alejce, swoje miejsce znalazła inna kawiarenka, a właściwie winiarnia. Piotr Michalski, właściciel poznańskiej Togi, przepasał opuszczony namiot czerwoną taśmą, ustawił kilka piwnych ław, i tak się rozpoczęła historia jednej z ciekawszych miejscówek podczas Festiwalu. Ktoś przyniósł kilka żałosnych plastrów wędliny, ale bazowali na serach ode mnie i Ziemianina, natomiast wina szły tylko i wyłącznie od Sokołowskiego …węgierskie. Zużyte butelki, jak trofea po polowaniu kładzione były na pobliską murawę, było ich niespełna dwadzieścia pierwszego dnia. Były też i ofiary, w ludziach i spodniach. Zamaszysty toast, nagły zwrot dyskusji, ogólna radość życia, i bywało, że gość spadał z ławy a wino pisało swoją nową historię na spodniach (na ten przykład moich). Postanowiłem podpisać na nich wszystkie utworzone plamy i sprzedać na Allegro.


Baskowie

    Pośród tego morza jedzenia i picia zaszyło się stoisko cydru, czyli po naszemu jabłecznika. Przemek Bulsiewicz wraz ze wspomnianym profesorem od cydrów (i octów, jak podpowiada mi Bareya) señorem Domingo Arina Peną, oraz z wielce pomocnym Bareyą, lali cydr, smażyli kiełbaski przyrządzając pintxo, przeklinając po baskijsku, uśmiechając się, szpanując beretami (prócz Barei). Bardzo międzynarodowe towarzystwo.


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31