Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl
niedziela, 23 października 2011

    Nie ma co się rozczulać nad przemijającym czasem. Dziesięć lat minęło nawet nie wiedzieć kiedy. To kluczowe stwierdzenie, bo nazbyt mało pamiętamy z początków powstawania Nocy Śledziożerców. Na nic wypytywanie, na nic seanse hipnotyczne, pobudzanie pamięci zbiorowej, grzebanie w archiwach. Wiemy tyle ile zjemy. A że jemy coraz lepiej, to i liczy się ta ostatnia Noc i następna, bo znowu trzeba wymyślić coś zaskakującego. Wspominałem, że jak zwykle blady strach pada na śledziożerców, kiedy sobie uświadomią że Noc tuż, tuż. Moja inspiracja spłynęła na mnie zaledwie kilka dni przed naznaczonym dniem. Toteż swoje danie wykonałem z biegu i bez prób. Efektu byłem pewien, gorzej było ze składnikami, bo nieodzownym elementem były świeże borowiki. A tu nagle borowików brak. Tego dnia rozpaczliwie poszukując na wszystkich targowiskach Szczecina, nawet pośród kwiaciarek na Bramie Portowej, z ledwością udało mi się zdobyć dwa (cyfrowo 2), prawdziwki. Wobec tego udałem się na trasę międzymiastowej „trójki” by nagabywać przydrożnych grzybiarzy o drogocenny grzyb. Efekt – kolejne cztery. W akcie ratowania godności zakupiłem kilka podgrzybków, doszczętnie przekopując do dna cztery czy pięć wiader.

    Słoś, zabiegany meldował telefonicznie jak to coraz bardziej jest czasowo zakopany, i że nie tylko nie ma składników ale i pomysłu. Zbyszek dzwonił że potrzebuje rybich głów, ewentualnie kilka płoci. Bagatela. Marek od tygodni kisił. Co kisił, to dopiero miało się okazać. Adam smażył powidła, Jędruś napychał jelita. Bolek był tajemniczy.

   Nastał wieczór, czyli Noc. Wybici z rytualnego rytmu przez Basię Grochowską, która podobno była na pierwszej Nocy, a teraz nagrywała z nami reportaż, łaziliśmy bez celu jak bezdomne dzieci. Ale pierwsze śledziowe dania przywróciły nam porządek i wiarę w sens świata.


Storradello Słosia.

    Zaczął Słoś. Storradello czyli rafaello z solonego śledzika mielonego z rodzynkami otaczanego w prażonej cebulce. Na dwa kęsy, bo mieliśmy po dwie kulki. Zaraz potem risotto śledziowe Kudłatego na suszonych grzybach. Z powodu niemania głów rybich tudzież płoci, pomysł poszedł w kierunku grzybów, a że siedzieliśmy sobie u Adama wspominając i pijąc, to wywar grzybowy gotowaliśmy trzy razy, bo jakoś się wygotowywał pochopnie do cna. 


Risotto Zbyszka Kmiecia.

    Ziemianin uczynił nadziewane śledzie pieczone w solnej skorupie a podane ze strudlem z śledziową ikrą. Bardzo aromatyczne dziełko. Potem była pieczona biała kiełbasa Jędrusia, a oba ciepłe dania przedzielała sałatka gruszkowa Darka Startka.

 

Zapiekany w soli Marka Ziemianina Grądzkiego.


Gruszkowy śledź Darka Startka.

Kiełbaska Jędrka Szylara.

    Barokowego śledzia zasunął nam Przemek Żychowski. Mój śledziowy Boże, czego tam nie było, kiwi, awokado, cebula, papryka ..ale pamiętam tylko paprykę ostrą jak nagła cholera. Do krainy łagodności wróciły nas dania Adama i Adama. Faleński wysmażył śledziowo-śliwkowe konfitury, a Zadworny przygotował ziołowego z śmietaną i fetą.


Barokowy Życha. Najostrzejsze było to quacamole na dole.

    Paweł Kmieciak nie po raz pierwswzy ani ostatni tego wieczoru podał propozycję zawierającą śliwki. Tym razem pod postacią chutneya do śledzi.

    Sztark odkrył w sobie pasję kiszenia i do śledzi macerowanych w miodzie z czosnkiem i octem ryżowym, podał całą paterę kiszonek swojej roboty. Ogórki, pomidory, gruszki, śliwki, truskawki, pasternak, kapustę, paprykę.


Jesienne skisłyje aromaty.

    Nadszedł czas na moją carpaccio-sałatkę. Otóż świeże prawdziwki i blanszowanego kalafiora pokroiłem na mandolinie w cienkie plastry. Z rukoli, pestek dyni i oliwy, zrobiłem pesto. Grzyby i kalafiory ułożyłem na talerzach, dodałem listki roszponki i płatki holenderskiego matiasa, skropiłem pesto, oprószyłem z młynka pieprzem. I to wszystko.


Borowiki i matiasy. Moje.

    Wydawało się nam, że każdy stworzył niepowtarzalne dzieło, że już jest na pudle, że będzie chodził w glorii. Ale niestety, dobił nas Bolek. Zrobił tort bezowo-śledziowo-czekoladowy, gdzie biszkopt nasączony został absyntem, a za rodzynki uchodziły kawałki naturalnego matiasa. Absolutna rewelacja. Król dziesięciolecia. 



Bolek królem.

    W lutym zaczyna się kolejna dziesięciolatka. Życzcie nam zdrowej wątroby i wielu pomysłów.

niedziela, 09 października 2011

    Kiedyś obiecałem wam opisać gości jacy mieli okazję (a może przyjemność) zasiadać z nami do śledziowego stołu.
    Jest teraz dobra okazja, bo na X lecie Nocy Śledziożerców wydaliśmy niewielką publikację, a jeden z rodziałów traktuje właśnie o naszych gościach. Poczytajcie.

Śledziożercy - goście.
    Goście jacy się przewinęli przez te dziesięć lat to osobna wielka historia. Jedni pojawiali się kilkukrotnie, inni tylko raz, a są i tacy, którzy już nawet zaproszeni nie dotarli i nie mają szans na powtórne zaproszenie. Są tacy, których żona nie puściła kiedy się dowiedziała, że ona nie za bardzo ma wstęp (pozdrawiam tu Leszka Cz.). Na tym tle wyróżnia się Darek Startek, który pojawił się z własną sałatką w dniu imienin swojej małżonki Anny, posiedział z nami nie mocząc ust, i udał się na jej przyjęcie, z najszczerszymi i gorącymi pozdrowieniami od naszego grona. 
    Kolejne rozróżnienie to czy gość nas zaszczycał, czy może nasze grono jego zaszczycało. Nie będę tu podawał tych drugich przykładów, ale warto odnotować obecność Maćka Kuronia i Marka Gąsiorowskiego. Uczestnictwo obu panów miała znamiona wizyty dyplomatycznej. Maciek Kuroń, z którym miałem zaszczyt się przyjaźnić skwapliwie skorzystał z zaproszenia, kiedy przebywał w Szczecinie. Dużo słyszał wcześniej o Nocach. Marek Gąsiorowski był u nas przy okazji inauguracji Szczecińskiego Convivium Slow Foodu. To prawdziwy mąż stanu od jedzenia tradycyjnego i regionalnego. Oczywiście skorzystał z okazji i pokazał w swojej śledziowej kreacji słynne wielkopolskie oleje. Wraz z nim pojawił się tej Nocy Andrzej Buławski, nasz szef naszego convivum. Sami widzicie, spotkanie na szczycie.
   
Dwóch profesjonalnych kucharzy wspominam najbardziej, Adama Chrząstowskiego i Andrzeja Boronia. Adam profilował jedną ze szczecińskich restauracji i tak ułożył plan swoich wizyt aby być któregoś razu z nami. Momentalnie zaprzyjaźnił się z całą ekipą i może tylko dlatego nie dołączyłem go do Maćka i Marka. Adam to kucharz nad kucharzami, osoba publiczna, telewizyjna, wpływająca bardzo na kształt polskiej kuchni. Pod koniec naszej publikacji przytaczam jego blogowy wpis jaki zamieścił po Nocy Śledziożerców. Natomiast Andrzej Boroń i prowadzona przez niego restauracja Chief przez lata była mekką smakoszy. Mało kto się zna tak na rybach jak on, ale tego wieczoru kiedy z nami był, dał wysoce profesjonalny wykład (najbliżej siedzącym) o istocie podagry. I nie pytajcie mnie od czego wyszliśmy. Taka jest uroda naszych spotkań, nie tylko śledź i wódeczka. Bardzo często pojawiają się tematy kulturalne, socjologiczne, życiowe, historyczne. Najmniej chyba jest polityki, choć trudno w to uwierzyć. Z Chiefa pochodziły śledzie nie tylko te przyniesione przez Andrzeja, bo Chief był ratunkiem dla mniej wprawnych (tu pozdrawiam Zbyszka S.). W gronie gości jest jeszcze jeden zawodowy kucharz, i w żadnym wypadku nie chciałbym go pominąć. To Darek Majewski, szef kuchni Na Kuncu. Zazwyczaj jest w pracy kiedy my biesiadujemy, ale zawsze ma przygotowanego coś zaskakującego, i choć na chwilę się do nas przysiada. Pralinki z wiśniowym śledziem, śledź z toffi i pieprzem …sama odwaga.
   
W gronie Śledziożerców kryje się jeszcze jedno małe grono – Nieustraszonych Smakoszy (Sobolewski, Sztark, Słoś) z którymi przez dwa lata miałem zaszczyt i przyjemność prowadzić audycję w Szczecin Radiu. Otóż z tego radia zaprosiliśmy trzech panów, Zbyszka Plesnera, Wojtka Bacę Hawryszuka i Zdzisława Tararako. Każdy z nich zasłynął czym innym podczas Nocy. Zbyszek wpadł na genialny pomysł formalizacji i składek. Widać w tym myśleniu niemiecki porządek, bo Zbyszkowa praca w dużej mierze jest transgraniczna, pewnie dlatego, Noce Śledziożerców gościły też na antenie RTL. Baca z wielką radością przyjął nasze zaproszenie, zapowiadając, że przyniesie „normalnego śledzia”, bo pewnie dawno takiego nie jedliśmy. Jeśli na pumperniklu z kolendrą, albo z białym twarogiem oznacza normalny, to proszę bardzo. Dzidek zasłynął tym, że w ogóle nie przyniósł śledzia, ale zrobił z nami wywiad.
   
Odwiedził nas jeszcze inny dziennikarz, znany kurierowy birbant, Darek Staniewski, o którym jest urocza balladka na dalszych kartach owej publikacji.
   
A teraz dwóch ludzi teatru. Obaj wesolutcy jak szczygiełki. Dyrektor Polskiego, Adam Opatowicz wszedł jakby sobie napisał scenariusz, zrobił próbę i brawurowo zagrał nam przedstawienie p.t. „kto na pudle”, czyli czy jego śledziowa kminkowa sałatka, jest jeszcze pośród tych najlepszych. Trzeba przyznać, że sałatka miała urok. Co jakiś czas pojawia się, bardzo nieregularnie Przemek Żychowski, aktor lalkarz Pleciugi. Choć ja go najbardziej cenię w rolach kabaretowych, do których ma dar wrodzony. Swego czasu urządzaliśmy w wynajmowanych mieszkaniu istne festiwale jedzenia. A polegało to na tym, że gotowaliśmy za dużo i wzywaliśmy znajomych na pomoc w jedzeniu.
   
Zanim zamknę tę listę nie do zamknięcia, muszę wspomnieć Ziemianina, czyli Marka Grądzkiego. Twórcę doskonałych serów, smakosza, nalewkarza, który z coraz większą regularnością dojeżdża na kolejne Noce. Gotuje z rozmachem, wielosmakowo, odważnie.
   
Gości było znacznie więcej, lecz już nie pamiętam ich dań, więc wstyd mi teraz przywoływać same tylko nazwiska. Niemniej, pozostają w naszej zbiorowej pamięci. I co najważniejsze stanowią jeden z nieobliczalnych elementów całej tej układanki, a to bardzo lubimy, gdy przyszłość nie da się przewidzieć.

A na dokładkę dam jedną z anegdot z tej samej książeczki.

Telewizja nas kręci.

Był lipiec, czyli miesiąc jak najbardziej śledziowy. Otóż zdarzyło się, że na Noc Śledziożerców zawitała telewizja, w osobie Jacka Szklarka i jego slowfoodowego programu „Polska Dobrze Smakuje”. Dzień czy dwa przygotowań i oczywiście wieczór, kiedy nic nie działo się tak jak zazwyczaj. Po pierwsze ze stołu zniknęły flaszki, bo wiadomo – wychowanie w trzeźwości (plus straszliwy lęk telewizji przed niezapłaconą kryptoreklamą), po drugie nasze rozmowy były przerywane, gdyż dźwiękowiec musiał się przemieścić z włochatym mikrofonem tak by nie wchodzić w kadr kamerzyście. I po trzecie obowiązywała nas werbalna cenzura moralna, a chodziło o to, by nie używać słów.

Toteż kiedy po kilkudziesięciu minutach zarządzono przerwę techniczną, a my mieliśmy chwilę aby wychylić kilka kieliszków i nieco się rozluźnić, Zbyszek spytał niewinnie – to można teraz powiedzieć dupa, dupa, dupa!?

wtorek, 09 sierpnia 2011

    Zaczęło się od tego, że Bolek odniósł wrażenie, że gdzieś tu mija dziesięciolecie. I choć niezupełnie to prawda, to jednak wiele się nie pomylił, raptem pół roku. Ale tak, w tym roku puknie nam okrągła rocznica. Wypadnie w październiku, więc wyjątkowo będziemy „nocować” nie w miesiącu na „L”.




    Powoli już się naradzamy jaką formę mają przyjąć nasze obchody. Zrazu chcieliśmy wydać książkę, książeczkunię właściwie. Bogatą w anegdoty, przepisy, ciekawostki, rysunki Słosia. Portrety uczestników. Zobaczymy, pomysł jeszcze całkiem nie umarł.

- Dwa dni! – rzucił ostatnio jakiś śmiałek.

- Najlepsze co do tej pory robiliśmy – padła inna propozycja.

Ha! Ale jak znaleźć w październiku stokrotki albo bób!? 
    No dobrze, wracam do Bolka. Otóż co mu się wydawało, to się mu wydawało, ale najważniejsze, że postanowił to uczcić stosowną kreacją śledziową. Pasztet z zielonego śledzia i gotowanych ziemniaków ze stosowną inskrypcją rebusem. 



    Zawsze jestem na bieżąco z pomysłami Adama Faleńskiego, a to z racji, że ilekroć jestem w Szczecinie to go odwiedzam. Nierzadko myślimy równolegle. Tym razem jednak nie. Kiedy zachodzę do Zakątka (kulinarny przybytek Adama), to wśród rozmów o rzeczach ważnych i mniej ważnych, zawsze przewija się temat jedzenia a zwłaszcza śledziowych inspiracji. Adam zaplanował tym razem gęsio-śledziowego tatara. Chodziło o użycie mięsa do śledzia. Po kilku próbach …a to ciekawe, bo to chyba jedyny, który robi próby swoich pomysłów, dochodzi do idealnego wyważenia proporcji i końcowego efektu. Czasami zdarza się takich prób sporo, a nawet więcej, bo u Adama w kuchni pracuje pan Włodek. A pan Włodek, ilekroć usłyszy, że nad czymś kombinujemy, od razu na gorąco robi swoje wersje. Podziwiam pana Włodka, ma swoje lata, a ciekawość gotowania jakby dopiero co opuścił szkołę.

    Adam mówi, że 25% gęsiny na 75% słonego śledzia to najlepsze proporcje. Ma swoją mazistość i zwartość, wciąż zachowując ducha dania śledziowego.


    Podczas lutowej Nocy mieliśmy dwóch gości specjalnych. Obu zacnych członków Slow Foodu. Marek Gąsiorowski, szef Poznańskiego Convivum i dopiero co mianowany szef Convivium Szczecińskiego, Andrzej Buławski. Obaj sięgnęli do domowych tradycji i upodobań. Andrzej przygotował śledzia z suszonymi grzybami, natomiast Marek sięgnął jeszcze głębiej, wielkopolsko, i zrobił dwie wersje tego samego. Otóż zadał śledzia w cebulce ale w dwóch olejach z lnianki – jarym i ozimym.  

    Gościem zaskakującym, wcześniej już zapraszanym, choć niedocierającym był Adam Opatowicz, dyrektor Teatru Polskiego. Zaprezentował nam sałatkę (ach ci początkujący!) z kminkiem. I to było (jak oceniło to nasze grono) urocze przypomnienie kminku. Do tego zaserwował nam dobre kabaretowe przedstawienie p.t. „Kto na pudle – ja na pewno!”

    Paweł Kmieciak, dzięki jakimś diabelskim konszachtom, wszedł w posiadanie suszonego mięsa wieloryba, więc cała nasza czereda miała okazję po raz pierwszy raz w życiu zjeść wieloryba. Ale nie mówcie nikomu, bo nas grinpisy zakują w kajdany.  




    Zauważyliście pewnie, że Marek Sztark strasznie nam ostatnio miesza. A to sorbety, a to terminy przedziwne, a to sałatka z bobem.. a tym razem przyniósł mus ze śledziowych mleczy z miodem gryczanym. Marek, kamień węgielny i iglica miodów drahimskich, za punkt honoru wziął sobie zawsze użyć jakiegoś drahimskiego miodu. Ostatnio chodzi na puentach z tymi swoimi śledziami. Choć mówi, że ten śledź to jakiś wypadek przy pracy, to ja kompletnie mu nie wierzę. Mlecz w ilościach sporych, wędzony pikling i dorsz (chyba gotowany), taki był skład tego dania. 

 

    Jędruś Szylar postanowił nas zaskoczyć orientalną zupą ogórkową ze śledziowymi pulpecikami. No co mam powiedzieć, zaskoczył nas. W osłupienie wprowadzili nas kucharze z Na Kuncu pod wodzą Darka Majewskiego, serwując śledzia w pieprzu i toffi!

    Przy takich pomysłach, mój słodki marynowany śledź, na musie gruszkowym z plastrem karmelizowanego bekonu, wydał się już tylko przedłużeniem poprzednich pomysłów. Mi smakował.



    Jak pewnie się domyślaliście, owszem, czasami spisujemy nasze potrawy. Ale to jest mniej więcej tak jak ze zdjęciami. Bywa, że umyka uwagi.


poniedziałek, 01 sierpnia 2011

    Mam poczucie winy, za brak doniesień z lutowej Nocy, a tu już różni tacy gonią mnie z relacją lipcową. OK., wobec tego postawimy kalendarz na głowie i lipiec będzie przed lutym. Tak, tak, obiecuję, że luty będzie jeszcze w tym tygodniu. Tak mi Cyganka wywróżyła.



Cyganka i dwóch takich co nie wiedzą, aż zapłacą.

Wejście H, czyli Restauracja na Kuncu Korytarza z Markowym Wyszynkiem.

    Utarło się, że w lipcu Noc Śledziożerców wypada nazajutrz po Jarmarku Jakubowym, gdyż wtedy zawsze jestem w Szczecinie, i tak jest mi wygodnie, a poniedziałek jest naszym dniem klubowym. Zaczęliśmy nietypowo bo z zaplanowanym godzinnym opóźnieniem. Spacerkiem spod katedry udawaliśmy się (Marek, Marek, Słoś i ja) a Adam, Paweł, Jarek, Bolek, Beata, Zdzisiek, Andrzej czekali na nas w Na Kuncu. Zaraz doszlusowali Filip, Życho i Jacek. Zbyszek i Mariusz dotarli już zdecydowanie dużo później. Jak widzicie, frekwencja była wspaniała, w porywach do 16 osób.


Ekipa.

Filip i Życho.

Jacek Gałkowski.

    W ogóle wydawało mi się, że to spotkanie zostanie potraktowane nieco nonszalancko, bo jak już sam się ogarnąłem przy Jarmarku i zacząłem dzwonić z przypomnieniami, to dość często okazywało się, że Niemiec zabrał wielu tę istotną informację o dacie. Ja swojego śledzia wymyśliłem (do końca) dopiero w południe, a zrobiłem na cztery godziny przed Nocą. Z doświadczenia wiem, że nie ja jeden działam pod wpływem impulsu. Co do nonszalancji głęboko się myliłem. Moi zacni koledzy jak zwykle stanęli na wysokości zadania i przygotowali niezwykłe kreacje. Lipiec kusi owocowo i bez umawiania ten motyw stał się przewodnim.  



    Bolek wygrał po raz drugi z rzędu kulinarne zmagania o laur Naszego Kulinarnego Dziedzictwa, a w skład zwycięskiego zestawu wchodził śledź z kiszoną kapustą w bułce solankowej. Tym to śledziem rozpoczęliśmy Noc Śledziożerców. Bułka solankowa, popularnie zwana solanką, wyjaśniam tu czytelnikom z głębi kraju, wygląda jak wyprostowany rogal posypany grubą solą i kminkiem. Bardzo swego czasu lubiane w Szczecinie pieczywo, serwowane zwyczajowo do flaków, teraz nieco zapomniane i zarzucone. Zaledwie kilka piekarni robi i sprzedaje solanki. Szukać je należy na Rayskiego u Reczyńskich i na Kołłątaja u Pawlickich.
   
Zaraz po Bolkowej kanapce wjechała następna, Adamowa z paprykarzem ze śledzia. Tak więc rozpoczęliśmy bardzo lokalnymi akcentami. Jak już ściągnę od Beaty zdjęcia, to je zamieszczę.
   
Sławek zrobił „ślemaję”, ale że wahał się do końca, to przyniósł nam tercet przepisów na inne wersje. Ślemaja to śledź w malinowej galarecie z jagodami. Przepisy znajdziecie na końcu.


Ślemaja Słosia.

Zemasta bufetowej Filipa.

Muffina Pawła.

    Filip goszczący u nas po raz pierwszy przygotował dwa śledzie, ale żadnego nie opisał w spisywanej na gorąco ściądze, więc proszony jest o uzupełnienie w komentarzach. Zanim się rozkokosił na talerzykach, Paweł Kmieciak z Karczmy Biesiadnej w Bartoszewie zasunął nam muffiny z śledziem korzennym, anchois i suszonymi pomidorami, z salsą kaparową. Potem był śledź Filipa Gregi, a potem pierwsza odsłona sorbetowa Marka Sztarka. Marek w tym roku dużo eksperymentuje z sorbetami, toteż dał śledzia z sorbetem pomidorowym i sosem z pieczonej papryki. Przygotował też drugiego macerowanego wermutem z sorbetem z czarnej porzeczki i sosem jagodowym. Nie trzeba dodawać, że w obu użył drahimskich miodów.


Sorbet pomidorowy Marka.

Sorbet z czarnej porzeczki.

    Mój śledzioban, to przekładaniec gdzie użyłem solonego śledzia pomiędzy warstwami smażonymi z czosnkiem bananami (plus muszkatołowość), z sosem malionowo-tabascowym i ocukrzoną czerwoną porzeczką. Gdy tak rozkładałem swoje śledziobany, to postrzegłem żałosne spojrzenia innych gości restauracji, szybką decyzją dostawiliśmy odpowiednią ilość talerzyków i ku wielkiemu aplauzowi zadaliśmy śledzia gościom. Komplementy posypały się w trzech językach.


Układam śledziobana.

Mój śledzioban.

    W tym momencie z pieca wyszedł pasztet ze śledzia, suszonych pomidorów i śliwek, Marka Grądzkiego, zacnego serowara z Wielkopolski. Ogórek kiszony, kupiony na Jarmarku uzupełniał jego smak.


Pasztet Grądzki.

    Na słodko (bo mój wcale nie był słodki, prócz końcowego porzeczkowego akcentu), śledzia zrobił Andrzej Buławski, szef szczecińskiego Convivum Slow Foodu. Jego śledź zwał się urodzinowym, i miał nawet piękną skandynawską legendę. 
   
W tak zwanym międzyczasie dotarł Zbyszek Kmieć (bez śledzia, bo jechał stopem spod białoruskiej granicy, wprost z czeremchowego festiwalu) i Mariusz Siwak, szef kuchni Hotelu Park z dwoma wersjami musów śledziowych zdobionych płatkami trufli. Jeszcze jednym gościem bez śledzia był Zdzisław Tararako, nasz radiowy kolega z zaprzyjaźnionej audycji Kuchnia Dzidka. 


Musy Mariusza Siwaka.

   
Gdzieś w tym momencie Darek Majewski, szef kuchni Na Kuncu objawił się ze śledziem o wyraźnej nucie anyżkowej. Trzeba przyznać, że Darek poczyna sobie bardzo odważnie i umiejętnie.  
   
Największe wrażenie wywarła kreacja z pozoru niepozorna – zupa z wędzonego śledzia z curry. Przygotował ją Jarek Zdrojewski z Bachusa. Po tygodniu w zgodnej ocenie wspominających, wymieniana była jako twardo stojąca na pudle.


Zupa Jarka Zdrojewskiego.

Zielone coś Przemka Życha.

Gołąbek Adama.

    Jeszcze tylko mignął ponownie śledź Filipa, odcisnął piekące piętno śledź Przemka Żychowskiego, utalentowanego aktora lalkowego i na zakończenie wjechał arcydelikatny gołąbek ze świeżego śledzia we włoskiej kapuście, owinięty plasterkiem boczku. Pychota!



Adam Faleński.


Paweł Kmieciak.


Mariusz Siwak.


Andrzej Buławski, Słoś Sławek Osiński, kawałek Pawła.


Beata i Bolek Sobolewscy, duże fragmenty Filipa.

----------------------------------------------------------------------

Przepisy Słosia.

Musonetki śledziowe składają się zawsze z trzech zagalaretowanych składników: jeden jest śledź różnie przyprawiany, raczej intensywnie słony, pieprzny lub pikantny, dwa zaś to lekko doprawione musy z owoców sezonowych albo i nie. I tak: ślemaja – to śledź w towarzystwie malin i jagód, ślewija – wiśni i jagód, śleczeja – czereśni i jagód, ślegruja – gruszek i jabłek, ślemanba – mango, banan, itp. Owoc górny idzie w smak słodko-kwaśny, zawsze przycynamonowiony, a owoc spodni mięsza osobliwie naturalność ze słonością pikantną. Po środku śledź (dla posmaku tylko lub solidnie zadany) w neutralnej otoczce, dobarwionej szafranem, burakiem albo czym innym, żeby inny kolor od owocowych uzyskać.

Dzisiaj przygotowałem  musonetki ślemaje, bo to sezon jagodowo-malinowy. Na 15 przekąskowych (śledź posmakowy+) ślemai potrzeba 300g filetów (na śledź solidny 600g), które krótko moczymy krótko w sherry i curry (oba akurat mam zacne i oryginalne), 300 ml (tu objętość) malin i tyleż samo jagód. Maliny czochramy z dwoma łyżkami cukru i dawką cynamonu, podgrzewamy do zagotowania i do ciepłego musu zadajemy żelatyny (proporcjonalnie do określonej na torebce ilości) i wlewamy do pojemników. Po zastygnięciu kładziemy śledzia wyjętego i odsączonego z marynaty, przygotowujemy podobna ilość galaretki na wodzie, którą zabarwiamy szafranem i zadajemy odrobiną soku z cytryny – wlewamy do pojemników. Po zastygnięciu i tej warstwy czochramy jagody z dodatkiem soli, pieprzu, ostrej papryki (może być sos Tabasco) oraz łyżki cukru, potem postępujemy identycznie jak z malinami. Galaretki wyjmujemy z foremek i zadajemy społeczeństwu z jakąś ozdóbką lub bez. Chyba sprawdzą się też z jakimś sosem na bazie majonezu lub chutneyem.

środa, 29 czerwca 2011

    Kulinarna audycja Nieustraszeni Smakosze skończyła dwa latka. Od narodzenia sięgała nosem do stołu, a w trzecim roku zaczyna łazić po Internecie. Jest blog, jest też na Face Booku.

    Już teraz zapowiadamy Lato z nagrodami. Dla internetowych słuchaczy podarki rzeczowe, dla słuchaczy w eterze zaproszenia do restauracji.

Słuchać, czytać bloga, polubić na fejsie. Szukać Nieustraszonych Smakoszy.
Listy pisać na smakosze@radio.szczecin.pl

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31