Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera
RSS
sobota, 23 stycznia 2010

    Zaglądacie w zakładki czytanych blogów? Ja tak. Szukam ciekawych stron, blogów, serwisów, czy netowych miejsc. Korzystam z tego, że ktoś wykonał za mnie ciężką pracę selekcji, albo po prostu innymi ścieżkami dotarł tam gdzie dotarł.

    No właśnie, komentując jeden z wpisów u negresci, przeczytałem komentarz gregga, że trafił tam za moim poleceniem. Jako, że gregg kilka razy się powołał na taką ścieżkę, dało mi to do myślenia.

    I ja mam w swoich zakładkach różne miejsca, które częściej lub rzadziej odwiedzam, ale jednak szczerze polecam. Polecanie polecaniem, ale właściwie dlaczego. Postanowiłem od teraz dołączane linki przedstawiać, pisząc co mnie skłoniło do wpisania ich na lewy margines (bez brzydkich skojarzeń proszę!). Powoli opiszę te które już są, a dziś przedstawię wam „nowego”. Jest to Bareya i jego blog „Naleśnikiem do Nieba”.

    Jakiś czas temu odnotowałem w pamięci jego wizyty u mnie, komentarze, spojrzałem kilka razy, za-rss-owałem go sobie. Aż tu nagle, okazuje się, że pisze nowy blog. Tekst o soli bardzo mi się spodobał (pamiętacie, niedawno pisałem o zakupie książki o soli, stąd to zainteresowanie). Przeczytałem wszystkie wpisy co do joty, łącznie z komentarzami.  Wróciłem do jego poprzedniego blogu, również oddałem się lekturze, no i postanowiłem dodać go do zakładek.

    To tyle jeśli idzie o historię – jak to się wydarzyło. Ale pozostaje jeszcze pytanie, które jak sądzę, bardziej was zainteresuje – dlaczego? Czyli dlaczego mi się podoba i dlaczego wam to miejsce polecam.

    Bo ten blog się czyta. Uwielbiam dowiedzieć się czegoś nowego, a do tego opowiedzianego własną historią. I to dobrze opowiedzianą (podobnie jak on, lubię surrealizm, a nawet purnonsens, które podają sobie rękę za plecami). Podoba mi się mnogość tematów i skojarzeń. I ta zdolność wyłamywania się z utartych schematów myślenia o jedzeniu. Ileż razy łapię się na tym, że mam w głowę wkręcony film o tym czy owym. Ten blog pozwala mi ten film ze łba wykręcać.

    Na dodatek autor zdradza wielką pasję do gotowania i już choćby za to go lubię, do tego zaglądnąłem w profil, a tam cała lista moich ulubionych filmów, muzyki, pisarzy ..aż dziw, że nie ma tam Greenawaya. I co jest niezwykle istotne, być może (z wielkim prawdopodobieństwem), jest moim imiennikiem.


Czytajcie i latajcie „naleśnikiem”, choćby i do nieba.

piątek, 22 stycznia 2010

    Chodzą mi po głowie pomysły, aby i serom zagrodowym dorobić fajne klipy, nawet mam już kilka niezłych moim zdaniem scenariuszy. A to na zachętę. Jeśli oczywiście ktoś się myszy nie brzydzi.


Podpatrzony na I like design.

czwartek, 21 stycznia 2010

    Wstałem rano, miałem jechać, już opuszczałem Olsztyn, myślami byłem już w Szczecinie ..aż tu nagle wiadomość – rura pękła, katastrofa! Wody nie ma, kable zalane, Bohema zamknięta, kiedy naprawią ..niewiadomo.

   Rura pękła i plany runęły. Nie zrobimy w czwartek warsztatów z młodzieżą ze szczecińskiego gastronomika, nie zrobimy w piątek degustacji serów. Wszystko przekładamy. Zawróciłem.



Plejada serów przygotowanych na Szczecin, przed przybyciem swojskiego korycińskiego.


    Wraz z przyjacielem Jarkiem Zdrojewskim postanowiliśmy zrobić wieczór serów zagrodowych i win. Planowaliśmy to w Bohemie, zaprosiliśmy gości, zmówiłem sery, po niektóre sam pojechałem. Ale spokojnie, degustacja się odbędzie, we wtorek w Bachusie.

    Tyle naopowiadałem Jarkowi o serach, że gdy kilka w końcu skosztował, oszalał. Jarek jest sommelierem, w winach zakochany od dawna a w serach od kilku miesięcy. Nasze rozmowy, gdy jestem w Szczecinie zawsze krążą wokół dwóch tematów – muzyki i jedzenia. Tym razem postanowiliśmy nie tylko myśleć o sobie lecz zaproponować też coś znajomym smakoszom.


 
A po środku mały kawałek praslickiego.

   Z pocztą polską miałem małe kłopoty. Koryciński zaginął w akcji, ale coś mnie tknęło i poszukałem go na pobliskiej poczcie. Leżał sobie tam jak trusia, bez awiza, i czekał na niewiadomo co. Te z Wiżajn dojechały autokarem PKSu, w komfortowych warunkach i chyba najszybciej.



Pasażerowie PKS Suwałki-Olsztyn, dojrzewające z Wiżajn,

    Latem próbowałem w Lidzbarku Warmińskim serów spod Jeleniej Góry, z gospodarstw „Kozia łąka” i „Wańczykówka”. Zadzwoniłem i pocztą sprowadziłem kilka serów. Pani Bożena przysłała mi kozie, ładnie dojrzały z zielonym pieprzem i młody z kminkiem. Od pana Sylwestra otrzymałem całą plejadę smakowych (świetny z orzechami). Aż kusiło mnie, aby ich nie wieźć do Szczecina, a zostawić sobie.



Po lewej proszę państwa łomnickie kozie, po prawej wańczyki.

Łomnicki od zaplecza.

Łomnicki front.


    Z wielką przyjemnością wybrałem się do Warpun do Frontiery po kilka krążków. Śnieg zasypał dojazd do ich rancza, ale Rusłan wsiadł w dostawczaka i zabrał nas z drogi. Teraz żałuję, że nie nakręciłem jak zasuwał zaśnieżoną polną drogą ponad setką na godzinę. To była adrenalina! Szliśmy jak burza.

    Sylwia wciąż odbierała telefony, gdyż dali ogłoszenia o pracy. Szukali kogoś znającego się na owcach, dojeniu, potrafiącego doglądnąć domu, odpowiedzialnego. Wcale nie łatwo o kogoś takiego. Poplotkowaliśmy trochę, spakowałem sery, i znowu seta na godzinę. Juhuuu!



Frontiery blue. Słosiu, ta połówka jest dla Ciebie.

Po czym odróżnić parmezany od dojrzałych frontier? Po zapachu, smaku, na dotyk i na oko.

Tajemniczy płaskowyż.

Ostatnie odkryte eksponaty datowane są na Iw.p.n.e.

W stronę światła.

   Z Warpun pojechaliśmy do Praslit, zamówiłem u nich trzy krążki. Pani Ela przygotowała cztery, abym miał co wybrać. Robione tego samego dnia, ale różniące się wielkością, więc i dojrzałością. Tak mi się spodobały, że wziąłem wszystkie.



A kto bogatemu zabroni mieć w domu nawet cztery praslickie!?

Jak w drewnie, każdy słój oznacza jeden miesiąc.


    Jak wam się podoba slogan jaki wykluł mi się przy pisaniu notki o degustacjach? Sery zagrodowe - same oryginały. A wierzcie, odnosi się to nie tylko do samych serów.

    Teraz w domu mam pięćdziesiąt kilo serów. Sporo, ale w planach jeszcze degustacja w Łodzi dla tamtejszego slowfoodowego convivium, a chcę, aby smakosze w Szczecinie i w Łodzi mieli okazję kupić sobie jeśli coś im zasmakuje.
    Po drodze, gdy będę jechał do Szczecina, chcę gdzieś w Słupsku kupić ichniego "słupskiego chłopczyka", bardzo jestem go ciekaw. A pod Kołobrzegiem umówiłem się z panem Pilchem, że zajadę i wezmę od niego jego wrzecionowate serki.
    Między Szczecinem a Łodzią zaglądnę do Ziemianina. Oj, zapowiada się bardzo serowy tydzień.
sobota, 09 stycznia 2010

    Negresca swoim wpisem sprowokowała mnie do zastanowienia się nad moją biblioteczką kulinarną. Prawie połowa książek w moim domu, to książki kulinarne. Wczoraj pan z Szybkiej paczki przyniósł mi kilka nowych. Wszedłem na Czytaj Tanio, znalazłem pozycję o soli, domówiłem jeszcze kilka, no i proszę, sześć książek więcej na półce.

    Pamiętam czasy, gdy w księgarniach kulinaria pojawiały się z rzadka. Z tego czasu pochodzi imponująca biblioteka mojej znajomej ze Szczecina, kiedy to wraz z jej życiowym partnerem kupowali wszystko co się pojawiło, czy to książka, kalendarz, czy czasopismo. Dodam tylko, że Beata była księgarzem (księgarką!?), a Jacek antykwariuszem. Teraz już nie nadążają za mnogością pojawiających się pozycji, choć tak łatwo pola nie odpuszczają. Ich biblioteka liczy kilka tysięcy woluminów, również bardzo wiekowych. Beata wszystkie czyta i dużo gotuje, Jacek tylko je. Ale jak on je! Czasami mówię, że jeśli miałbym komuś gotować na bezludnej wyspie (to żart z pytań, z kim chciałbyś się znaleźć na bezludnej wyspie), to byłby to Jacek. Wyrafinowany smakosz, znawca, szczery w ocenach, erudyta, a jak przy tym mruczy i mlaska!

    No dobrze, a jak się ma to do mojej biblioteczki? Jakim kluczem posługuję się przy zakupach, czy w ogóle czytam to co kupię? To dobre pytanie, bo jako zbieracz-kolekcjoner, często wystarcza mi sama świadomość posiadania. Niektóre pozycje kupuję bo interesuje mnie wątek którym są poświecone, ale niektóre wyraźnie kupowane są na zaś. No i jako człowiek piszący o jedzeniu, lubię mieć pod ręką dobre źródło (Internetowi wciąż nie dowierzam, nawet Wikipedii). Najmniej już własnej pamięci.

    

    Tak więc sporo mam leksykonów, kompendiów, ale też i opracowań historycznych (oczywiście w formie lżejszej, zbeletryzowanej). Uwielbiam kuchenne anegdoty, opowieści. Mniej mnie interesują poradniki. Jeśli kupuję książkę z przepisami, to musi zawierać jeszcze słowo skąd przepis się wziął, choć to prawda może nie do końca. Mam zbiór książek, które są li tylko zbiorem przepisów, ale tych poza przejrzeniem nie czytam. Stanowią przypominaczki. Jak szukam pomysłu na danie, wtedy znowu kartkuję (trochę pamiętam gdzie co jest), aby znaleźć natchnienie, inspirację, albo przypomnieć sobie o kompletnie odmiennym sposobie gotowania, doprawiania czy podania. W tym dziale, zdarza mi się kupować podwójnie. Nie przywiązując wagi do książki, nie pamiętam jej, więc bywa że kupuję ją powtórnie.
    Uwielbiam wstępy. Ileż to można się dowiedzieć o kuchni jako takiej, z tej niby krótkiej notki. Wielu autorów, cały swój kunszt pisarski wkładają właśnie we wstęp. Resztę, czyli przepisy traktując tylko instruktażowo, mając co najwyżej za regułę, żeby przepisy były sprawdzone w praktyce. A czy rzeczywiście tak jest? Przypuszczam, że wątpię. 
    Moją ulubioną książką pod względem wstępu jest „Smak Mazur” Tadeusza Ostojskiego i Rafała Wolskiego, który książkę opatrzył wstępem na dwadzieścia siedem stron.

    Najmniej w mojej biblioteczce książek o ciastach, bo jak wielu rasowych kucharzy, nie lubię piec. Ale nie oznacza to, że takich wcale nie mam. Zawsze obdarzę uwagą książki o czekoladzie, a wciąż żałuję, że nie mam fundamentalnej dla wielu pozycji „Ciasta, ciastka, ciasteczka”. Miała ją moja mama, ale czort wie, gdzie się zapodziała. Śród książek jakie po niej odziedziczyłem, już jej nie było.

    Jest jeszcze jedna, której bardzo żałuję – „Kucharz okrętowy”. Niby nic wielkiego, ale za to miała świetny dział towaroznawstwa. Niestety, przy podziale przypadła mojej byłej. Za to spokojnie pozbyłbym się „Kucharza & gastronoma”. Gdy kiedyś pod moim oknem ktoś będzie się włamywał do samochodu, to piznę go tą grubą książką z balkonu trzeciego piętra bez żadnego żalu i nawet nie sprawdzę czy trafiłem.

    Obok "Kucharza &…” stoi jedna z moich ulubionych ksiąg, bo jest to tomiszcze grube równie jak jej autor, nieżyjący już Maciek Kuroń. Z czasem stała się moją kulinarną biblią. Jak mam coś sprawdzić, choćby kluski śląskie, zaraz sięgam po jego „Kuchnię polską. Kuchnię rzeczpospolitej wielu narodów”. Swoiste opus magnum Maćka. Lubię spojrzeć na pisaną zielonym tuszem dedykację, wspomnieć Maćka.

    Właściwie to nie dbam o dedykacje, choć kilka mnie cieszy. Ta Maćkowa, czy Hanny Szymanderskiej. Z dedykacją czy bez, i tak bym się ich nie pozbył. Nie pożyczam ani nie oddaję książek kucharskich. To są moi domownicy. Dlatego nie mam oporów przed bazgraniem na marginesach, podkreślaniem, zaznaczaniem kolorowymi zakładkami samoprzylepnymi. Wciąż je wertuję jakbym z nimi gadał. Treści rozmów uzupełniają ich osobistą historię.

    Lubię też, gdy w kupionej w antykwariacie książce znajdę notatkę, lub włożoną kartkę. Kilka miesięcy temu kupiłem książkę „Łyżka za cholewą, a widelec na stole”, a z niej wypadły kartki z wykaligrafowanymi przepisami na nalewki, kolorowane kredkami. Przełożyłem je do jakiejś nalewkarskiej pozycji i nie mogę teraz znaleźć. Innym razem między kartkami spoczywał bilet tramwajowy sprzed czterdziestu lat. Różne są zakładki.
    Trzy segregatory skrywają wycinki (wydzieranki raczej) z czasopism, które mnie jako takie nie interesują, ale miały te kilka interesujących stron.

    Jak czytam? Gdy kupuję to kartkuję. Lecę przez całość patrząc na śródtytuły, nazwy dań, rozdziały. Przeczytam kilka stron, przepisów, aby poczuć styl pisania. Książka zanim trafi na półkę, leży na kuchennym stole. To jest jej czas aby mnie skusić do większego czytania. Jeśli nie, trafia w swoją półkę, czyli tam, gdzie powinienem ją z łatwością znaleźć gdy będę szukał. Drugą szansę ma wtedy gdy piszę jakiś tekst, wyciągam stosy książek i jakiś czas koegzystują ze mną na biurku (biurko na szczęście mam wielkie jak lotniskowiec). Często wtedy sięgam po którąś z nich i czytam, gdy wstaję (sic!) od kompa.

    Osobne życie mają te książki, które trafią do łazienkowej czytelni. Mam tam niezły stosik różnych książek, również i kulinarnych. Specjalnie piszę kulinarnych, bo przecież nie zawsze są one kucharskie. Tak jak n.p. „Czy to można jeść” Richarda W. Laceya. Czytam podczas kąpieli i …zadumy.

    Na samym dole regału stoją (a raczej leżą) stare roczniki Kuchni i innych kucharskich periodyków, plus przewodniki.

    Pośród książek kulinarnych, na środkowej półce, stoi cały szereg tomików poezji, wydaje mi się to miejsce nader stosowne. 

niedziela, 27 grudnia 2009

    Dziś w audycji Nieustraszeni Smakosze będzie wirtualny komplet. Marek, Bolek, Sławek i ja. Jak zapowiadam to w tytule, audycja o tym co najbliższego i smakowitego, czyli karnawał, i doskonały numer periodyku Mówią Wieki.

    Koniecznie słuchajcie. Wystarczy kliknąć tutaj a potem na głośniczek. Miłego słuchania.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26