Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl
Blog > Komentarze do wpisu

Śledziożercy – ekipa.

    Opadł kurz bitewny, sława osiadła na śledziach które tego były warte, inne odchodzą w niepamięć. Dwa tygodnie temu, czyli 21. lutego, odbyła się Noc Śledziożerców. Jak zwykle w Szczecinie, u Bolka Na Kuncu Korytarza. 
    Opowiem wam trochę o uczestnikach, zanim zacznę wychwalać śledzie. Ekipa śledziożerców to ustalony skład, który ułożył się z latami. Zdecydowały o tym przymioty ducha i umiejętności kulinarne oraz ten łut szczęścia, że byli tam gdzie trzeba kiedy było trzeba.




    Bolek Sobolewski to nasz gospodarz, restaurator, wciąż muzyk (chociaż dokładniej byłby powiedzieć …znowu), mój radiowy kolega, bo wiecie przecież, że prowadzimy w Radiu Szczecin cykliczną audycję „Nieustraszeni Smakosze”. Bolek jest niezwykłym admiratorem śledzi, o których potrafi opowiadać z prawdziwą miłością i zaangażowaniem, do tego stopnia, że niejednokrotnie przekonał do śledzi ich zawołanych oportunistów. Śledzia nie jadam – mawiał ten i ów, aż do mementu kiedy nie trafił na Bolka. A kiedy Bolek otumanił go słowami, dał skosztować „śledzia namiętności”, częstokroć słyszał słowa podobne do tych – mam 60/70 lat, nigdy nie jadłem/nie jadałam śledzi, a od teraz zawsze gdy tu przyjdę, proszę mi je podawać od razu. Oto siła prawdziwego uczucia. Bolek kocha śledzie i kocha nas. Mrozi wódeczkę, na stół stawia. Kiedyś jeszcze piekł ziemniaki zawinięte w folii, ale czy to żołądki mamy mniejsze, czy dania nasze są bardziej komplementarne …ziemniaków już nie daje. Właściwie to i dobrze. Nie wyobrażam sobie, żeby Noce Śledziożerców odbywały się gdziekolwiek indziej, niż u niego.



Bolek Sobolewski.

    Nasze spotkania toną w pomroce dziejów, ja i Bolek mamy na tyle kiepską pamięć, że nie pamiętamy jak to się zaczęło dziesięć lat temu. Ale jedno jest pewne, my byliśmy wśród założycieli. Tak mi się wydaje, że Jędruś Szylar też był na początku. Potem nam zniknął na jakiś czas, bo Jędruś ma w zwyczaju poświęcać się co jakiś czas kompletnie oderwanym od kuchni pasjom. I wtedy dochodzą mnie tylko echa jego dokonań. Całe szczęście, jak bumerang wraca w obręb kulinariów. Teraz szefuje w Belle Epoque w Stargardzie i kilka ostatnich Nocy zaszczycił swoją obecnością. Lubię w nim jego żyłkę odkrywcy. Nie tak dawno, będąc wspólnie na Sardynii, namotaliśmy kolację z koniną w roli głównej. To było fajne socjologicznie wydarzenie, prócz tego, że konina była naprawdę świetna. Dwadzieścia osób, ciekawych jedzenia, z głowami pełnymi obaw i lęków, instynkt stadny, stół pełen niespodzianek, wino i mirto… oj było wesoło. Jedliśmy tam różne potwory. Uprzedzam pytanie – nie, nie jadłem sera z larwami.



Jędruś Szylar.

    Po etapie prenatalnym, gdy idea śledziowych spotkań już się wykluła, do grona śledziożerców dołączył Marek Sztark. Pracowałem z nim w pewnej prywatnej uczelni, kiedy się poznaliśmy i od razu polubiliśmy. Ja rzecznikowałem, on dyrektorował. Twórca Festiwalu Bigosów w Połczynie Zdroju, macher od Miodów Drahimskich, slowfoodowiec z urodzenia, społecznik, człowiek kultury (za mało miejsca, aby wymieniać jego osiągnięcia). U Marka miłość do jedzenia była odwieczna, ale umiejętności kulinarne (a rozumiem to tak, że podobnie jak muzyk gra na garach nie patrząc na klawiaturę i nuty), zaczęła się wcale nie tak dawno. Datowałbym ją na pewną kolację, kiedy to podaliśmy sarni udziec w sosie „marszbatalion”, buraczane consome z dymioną fasolą, sandacz na ziarnku maku, że o serach nie wspomnę. Potem jego czterdziestka, łosoś na pomarańczach z rozmarynem, takie rzeczy… Nic dziwnego, że jest również kolejnym Nieustraszonym Smakoszem.



Marek Sztark.

    Marek od jakiegoś czasu zadziwia nas podczas N.Ś. Buduje niezwykłe połączenia, dość często z miodem w tle. Jest odważny – może nie wie, ile ryzykuje. Choć może już wie, bo coraz częściej ma tremę i lęki co nam zaprezentować. To u niego przygotowywałem swoje śledziowe odsłony, kiedy przyjeżdżałem z daleka do mojego rodzinnego miasta.

Innym miejscem gdzie gotuję/przygotowuję jest restauracja Zakątek. Adam Faleński jest arcymistrzem cateringu, społecznikiem, smakoszem, a kto nie wyprawiał u niego rocznicy, komunii, wesela, chrzcin, ten i tak pewnie pięknego dnia pojawi się na stypie, i daj wam Boże taką stypę. Nie wiem, czy już sobie nie zarezerwować terminu.



Adam Faleński.

    U Adama gotujemy pod koniec dnia, kiedy nie ma już nic do produkowania i cała kuchnia jest nasza. Wcześniej obiad, mała jedna czy dwie przekąski, piwo, drineczek… bo wiecie, że zasada nr1 gotowania brzmi – nie zaczynaj gotowania, bez kieliszka czegoś dobrego do picia. Ilekroć jestem w Szczecinie, zawsze jestem u Adama, a rozmowy zazwyczaj schodzą na jedzenie i śledzie. Nasze pomysły rodzą się nad mielonym z kaszą (jakie tam są boskie mielone!, niech Kudłaty powie), tam się pojawiają w czasie rozmów o być może zupełnie innych sprawach (nie pytajcie), ulegają przedziwnej metamorfozie podczas piwkowania, aby skończyć jeszcze w innym kształcie kiedy się schodzimy i patrzymy co też my mamy do dyspozycji. Zasada nr2 – jeśli czegoś nie ma w kuchni, oznacza to, że nie było potrzebne. Z czego dałoby się wywieść zasadę nr3, że jeśli coś ci wpadnie w ręce, to kompletnie wywróci twoje gotowanie. Od jakiegoś czasu, do grona gotujących u Adama dołączył Zbyszek Kmieć, wnosząc orzeźwiający powiew chaosu.

    Kudłaty (choć sam woli nazywać się Włóczęgą), to moje kulinarne alter ego. On zrobi bez mrugnięcia okiem, to, o czym ja tylko marzę. I wciąż powtarza, że uczy się ode mnie, a prawda jest taka, że dzięki jego odwadze, ja posunąłem swoje kucharzenie o lata świetlne.



Zbyszek Kmieć.

    Podejrzewam się, że go sobie wymyśliłem. Sam już nie wiem, co z naszych licznych dokonań jest prawdą a co zmyśleniem.

    Zbyszek pojawił się jako gość i od razu przeszedł do kategorii ekipa główna. To jest wyczyn! Naturalny dar towarzyski, niecodzienne połączenia śledzia, zazwyczaj jeszcze ukryta głębsza treść w daniu, prawdziwa miłość do naszej rybki, ot jak łatwo i jak trudno jest dołączyć do śledziożerców. Zbyszek wybacz tę laurkę.

    Z niecodziennych połączeń słynie również Sławek „Słoś” Osiński, a to jest nie lada wyczyn, bo cała reszta śledziożerców sroce spod ogona nie wypadła. To filar, a właściwie filary. Szkolnictwo szczecińskie by się bez niego rozpadło, dyrektoruje placówce, wykłada, tworzy programy, a do tego rentgenuje (w sensie prześwietla) kulturalne życie Szczecina, inspiruje je, motywuje, komentuje, powoduje zgagę u tych, którzy w kulturze kapcanieją, jest filarem naszej audycji, bo to na nim spoczywa ciężar prowadzenia kiedy mnie nie ma, a więcej mnie nie ma niż jestem. Zawsze gotowy coś zjeść, wypić, ugotować, ponarzekać, skomentować czy się zachwycić. Pisze, rysuje, tyje i piękny jest jak Apollo. Prawie tak ładny jak ja.



Sławek Śłoś Osiński.

    W ogóle jesteśmy piękni, jedynie Przemek Nadolski wyłamuje się spod tej reguły. Chudy jakiś, młody, wysportowany, ubrany w garnitury ze stolicy krzyków mody (Paryż, jakby kto nie wiedział), przystrzyżony, zakochany, a już najgorsze są te jego wypastowane buty. Kto to widział, żeby tak glansować buty. Na szczęście pali, dzięki czemu i ja znajduję ochotę na nałóg, którego zazwyczaj nie uprawiam. Przemek wyposażony w kucharską książkę i takież geny swojej babci, potrafi jak mało kto, odrodzić stary stareńki przepis, zadać szyku, polać wódeczkę, przyprowadzić taką postać jak Staniewski, co to nie potrafi ani śledzia zrobić, ani o tym napisać, ale potrafi jakoś być bohaterem okolicznościowego wierszyka i dać się lubić. To też duża umiejętność wyławiać takich gości. Tacy są rzecznicy prasowi, a już byli rzecznicy prasowi to elita elit, wiem co mówię.



Przemek Nadolski.

    Na koniec zostawiłem wam jedną postać, ze wszech miar zadziwiającą. Jacek Gałkowski. Człowiek, który nawet herbaty nie gotuje. A przypomnę, że obowiązkiem śledziożercy, bez względu gościa czy rezydenta stałego, jest przyniesienie dania ze śledzia. Jacek za każdym razem wypełnia tę powinność dzierżąc w ręku siateczkę ze śledziem od Beaty Flejszer, za co tą drogą bardzo jej dziękuję. Są to zazwyczaj niebanalne sałatki. A niegotujacy Jacek za to potrafi jeść na najwyższym poziomie. Wiele razy to powtarzałem i powiem to też i tu – jeśli kiedyś w teleturnieju powstanie kategoria idiotycznych pytań z zakładki „bezludna wyspa”, i jedno z pytań będzie brzmieć „a komu na bezludnej wyspie chciałbyś gotować”, to mam gotową odpowiedź (choć wiem, że zabrzmi to głupio) – Jackowi Gałkowskiemu. Jak on potrafi jeść! I nawet nie chodzi o to, że mruczy przy tym jak kot, że zawsze jest gotów poświęcić się dla ludzkości i spróbować, ale że zawsze wie co je, skąd to danie się wzięło (w sensie historii), co w nim jest pięknego lub odrażającego, potrafi porównać do tego czy innego, skwituje komplementem, uwagą lub drwiną, ale zawsze na najwyższym poziomie. Jak choćby ostatnia uwaga na temat mojego śledzia, jaką wypowiedział do Jędrka – „a gdyby tak w ptysiu?”.



Jacek Gałkowski.

    Jacek jest dyrektorem w Teatrze Polskim, jest antykwariuszem, kolekcjonerem dzieł Mickiewicza, łasuchem, zawałowcem (a to oznacza, że wyżej sobie ceni dobre życie niż zdrowie), erudytą, kinomanem, człowiek na wskroś towarzyskim.

Tak, słusznie zauważyliście, że w tym gronie nie ma kobiet. Mamy gdzieś parytety w tej sprawie, i gotowi jesteśmy ponieść tego wszystkie skutki. Dodam, że kobiet nie ma i w gronie zapraszanych gości (czasami, rzadko…), no nie sprawdziły się. Nie potrafią zrobić dobrego śledzia, nie potrafią zachować się przy stole (chcą błyszczeć bardziej od śledzia, a to grzech kardynalny), nie potrafią pić. No po prostu nie kochają śledzia tak jak my.



Między ustami, a brzegiem pucharu, czyli ja.

    Wkrótce wpis o całej menażerii gości – typach, oryginałach, podziałach, wyczynach, takich co „już nigdy” i takich co „być może jeszcze raz”.

poniedziałek, 07 marca 2011, ugin13

Polecane wpisy

  • Śledziowo jubileuszowo.

    Nie ma co się rozczulać nad przemijającym czasem. Dziesięć lat minęło nawet nie wiedzieć kiedy. To kluczowe stwierdzenie, bo nazbyt mało pamiętamy z początków p

  • Takie buty, znaczy luty.

    Zaczęło się od tego, że Bolek odniósł wrażenie, że gdzieś tu mija dziesięciolecie. I choć niezupełnie to prawda, to jednak wiele się nie pomylił, raptem pół rok

  • Aż tu nagle Noc Śledziożerców!

    Mam poczucie winy, za brak doniesień z lutowej Nocy, a tu już różni tacy gonią mnie z relacją lipcową. OK., wobec tego postawimy kalendarz na głowie i lipiec bę

Komentarze
mamamarzynia
2011/03/10 10:26:15
Ma pan wspaniałych przyjaciół. Co do kobiet w 2/3 ma pan rację: nie umieją dorównać kroku mężczyźnie przy stole, jednak w gotowaniu? - tu się nie zgodzę. Co prawda MOICH śledzi nie jedliście, ale też są dobre ;-)
Pozdrowienia - Marzynia
-
rapataplan
2011/03/11 16:25:42
Nie chodzi o to, że kobiety gotują gorzej, daj boże każdemu z nas zbliżyć się do poziomu Uli Czyżak, czy Agaty Wojdy, kobiety gotują inaczej, i niestety bardziej na trzeźwo:-)
-
2011/07/22 19:56:15
Faceci są straszliwymi tłuściochami. Od śledzi się tak tyje?