Życie jest za krótkie na banalne jedzenie.
Ranking i toplista blogów i stron Katalog stron, toplisty, narzędzia webmastera Durszlak.pl
Blog > Komentarze do wpisu

Szlakiem jarmarków.

    Trochę ostatnio podróżowałem. Pojechałem do Szczecina poprowadzić audycję kulinarną, odwiedzić Jarmark św. Jakuba, być na Wolinie Wikingów, spotkać się z przyjaciółmi, odwiedzić Ziemianina, poszukać nowych serów, znowu poprowadzić audycję.

Jarmark św. Jakuba.

    Był pierwszy, więc nie ma co się nad nim pastwić. Organizowała go kuria biskupia, nie mieli doświadczenia, odpowiednich kontaktów, a w sumie i tak było dobrze. Odwiedzających bez liku, wystawcy zadowoleni ze sprzedaży – czego chcieć więcej. Ja się tylko zastanawiam, czy handlowy wymiar imprezy jest najważniejszy. Oczywiście kasa musi się zgadzać. Ale zakładając nawet że jarmark trwa trzy dni, to co się dzieje z ideą przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt dwa? Czy pozostaje coś trwałego? Czy lokalni producenci uwierzyli na tyle w swoje wyroby, że produkcja i handel przechodzą na wyższy poziom choćby o jeden szczebel? Czy szczecinianie mają od teraz okazję kupić (i cieszyć się ich smakiem) te wszystkie specjały gdzie indziej i kiedy indziej?

    Oczywiście to są moje pytania, smakosza i zainteresowanego rozwojem regionalnych specjałów. A może kurii wystarczy, że wierni mają okazję chwalić św. Jakuba, przyjść do katedry, czuć więź z kościołem. W końcu to rzecz wcale niebagatelna.



Ksiądz Maciej Pliszka - organizator.


    Ale podsumujmy stoiska. Co tam było? Pszczelarze to naród skrzętny i co zrobią i tak muszą sprzedać. Przybyło ich czterech, i jak zapewnia Słoś, miody mieli świetne. Nie zawiodły miody Drahimskie, stoisko wystylizowane, miody zacne. Widać wciąż rękę Marka Sztarka, twórcy tej marki.




    Obok drahimiaków rozstawiły się konfitury z róży z Dolic. Każdy kto uwielbia pączki z takim nadzieniem musi je mieć. Potem widziałem puste stoisko z ciastami (godzina dwunasta!). Siedem olbrzymich blach drożdżowego z kruszonką rozeszło się w półtorej godziny. Pani kroiła je na duże kawałki, a kupujący i tak kupowali po pół blachy za jednym zamachem. Widziałem też nędzne resztki chleba ze smalcem. Nędzne podwójnie, bo jak podsłuchałem, chleb był z Biedronki, skąd i z czego był smalec, wolę nie wiedzieć.



   
Stało też stoisko z wędlinami, które cieszyło się wielkim zainteresowaniem. Reklamowało się napisem, że wędliny z Sułomina, czyli okolic Wolina. Niestety, etykiety kiełbas i wędzonek, mówiły, że pochodzą spod Ostródy. Tak to już jest niestety, jarmarki opanowywane są przez food-operatorów, bo to okazuje się dobrym interesem. Kupują i sprzedają, nie produkują. Ale oczywiście są też i tacy, którzy w ten sposób handlują jak najbardziej swoimi produktami. Takie były trzy stoiska związane z warszawskim Blue City. Znam ich, bo słyną z dobrych wyrobów. Jędruś Stoch, baca z Kościeliska, zawsze z dobrymi serami, Jacek Janiak z Sochaczewa, lubiący swoją pracę piekarz. Były też sery korycińskie od Gremzy, ale o nich akurat nie mam najlepszego zdania.



    Bardzo fajne stoisko przygotował Ryszard Pilch, bo absolutnie na temat. Miał chleb z paprykarzem, a nie ze smalcem. Wyprodukował serię pocztówek ze szczecińskimi widoczkami, muralami grafitti, torby, koszulki… ozdobione wymyślonym przez siebie logo jarmarku. Zresztą bardzo udanym. Gościliśmy go nazajutrz w naszej audycji, a upominki rozeszły się w kilku drobnych konkursach.


Wolin w korku

    Na Wolin nie udało mi się dotrzeć. Umówiłem się z fotografem ze Świnoujścia, że spotkamy się, a on zrobi dla mnie kilka zdjęć kulinarnych. Niestety, umówiłem się na 13tą, i choć wyjechałem zaraz po 11tej, to stałem już w takim megakorku, że do trzynastej, to nawet jeszcze nie zacząłem jechać. Zawróciłem na wysokości zjazdu na Chociwel, tym bardziej że radio donosiło, że pod Wolinem – to jest dopiero szosowy Armagedon. A na poboczach, co sto metrów, stały zagotowane samochody.

    Co nie oznacza, że nie mogliśmy poprowadzić audycji o Wolinie i Wikingach. Temat był jak najbardziej adekwatny bo letni. Potwory z Loch Ness, czyli kto o czym słyszał, choć nigdy nie widział.

    W audycji zrobiliśmy prosty konkurs na orientację, ile to mogą ważyć razem wzięci trzej prowadzący. Wyobraźcie sobie, że wygrał pan z Jaworzna, który słuchał audycji za pomocą linku z tego bloga. Rewelacja! Nagrodą była książka Słosia – „W okolicy ..kuchnia”.

Gruczno za dwa tygodnie.

    Złapałem się dziś na tym, że mówiłem komuś o Grucznie i określiłem, że to już za trzy tygodnie. Fakt, byłem we wtorek w Grucznie, i od wtedy to były niecałe trzy. Tyle tylko, że dziś jest sobota – imieniny Cyriaka, Emiliana, Sylwiusza (pozdrawiam), a do Festiwalu Smaku zostało już tylko dwa tygodnie.



   
Przedwczoraj dogrywałem spóźnione zgłoszenia do Alei Serów,  a wczoraj z Włóczęgą skracaliśmy mój tekst do festiwalowej gazety. Dumny jestem, bo byłem pierwszym który ukończył tekst. Jak się domyślacie, tekst jest rzecz jasna o serach. Sery na serio – brzmi tytuł. Kto przyjedzie do Gruczna, ten będzie miał okazję przeczytać. Włóczęga jest rednaczem.

sobota, 08 sierpnia 2009, ugin13

Komentarze
2009/08/08 23:10:05
no i zdjęcia rewelacyjne, jak zawsze, natomiast kanciarzy oferujących chleb z Bierdonki trzeba by ogniem pędzić, w smole maczać, w pierzu kąpać i z jarmarku na kupie gnoju wozić